niedziela, 23 listopada 2014

najbrzydsza laska we wsi

- Bracie, ale ja nie mogę. Ona mi się nie podoba – powiedział Mathew do starego Reynoldsa, otrząsając się z obrzydzeniem i odwracając czym prędzej wzrok od Betty Sue, najbrzydszej dziewczyny we wsi.
- mi też się nie podoba, ale ja nie mogę, bo to moja córka – odparł stary Reynolds.
- to może pastor Andrews? Jemu zawsze było wszystko jedno – próbował ratować się Mathew.
- on też nie może, bo to też i jego córka.
- jak to?
- ano tak to – odpowiedział nieco zmieszany stary Reynolds – zresztą to nie twoja sprawa chłystku.
- chcesz mnie żenić z twoją córką bracie i mówisz, że to nie moja sprawa? – hardo odparł Mathew.
- eeeh – westchnął tylko ciężko. -  chodziłem wtedy po kryjomu do Marry Beth, a ona chodziła po kryjomu do pastora. Tfu. Zdzira jedna. Pastor też dowiedział się dopiero po tym, jak uciekła z naszej wioski z tym komiwojażerem.
- no z córką pastora tym bardziej bym nie mógł.
- Bracie! We wsi aż huczy, że za często urzędujesz z Williamem od Whartonów. Ożeń ty się z nią, a plotki ucichną – odparł Reynolds, puszczając mu oko.
- ale ja już mam żonę. Naprawdę. Nie mogę.
- nie pie*dol. W końcu jesteśmy Mormonami.

niedziela, 9 listopada 2014

burwels sklepowej z ge-esu

- Jezu, co za wieś – rzuciła w moją stronę ekspedientka, kiedy akurat mijałem się w progu sklepu z nowym sąsiadem - no co za trzoda.
- że niby ja? Dzień dobry.
- nie. Ten ze wsi. Dzień dobry. Pan wie, jak on mnie nazwał przed chwilą? SKLE-PO-WA. No, czy ja wyglądam na jakąś tam sklepową z Ge-eSu?
- pani? Absolutnie nie. Zawsze jak dama za tą ladą. Jak żena za pultem. Dla mnie klasa – choć śmiać mi się chciało.
- no właśnie. Dziękuję. A ten mi tu ze sklepową wyjeżdża. Co za wieśniak. Cholera.
- i prymityw.
- no właśnie. Ja nie wiem, co to za plebs się tu sprowadza. Przepraszam, ale jestem zburwelsowana.
- chyba zbulwersowana.
- no mówię.

czwartek, 6 listopada 2014

grupen...

Kasia jest szczęśliwa, bo w końcu dzisiaj doszła... Z Sebastianem. Sebastian doszedł wcześniej, ona chwilę po nim. Zrobili to z większą grupą.. Z pieszą pielgrzymką do Częstochowy.

sex w małym mieście, cz. 2

część I tutaj

Iwona, czyli Samantha długo nie mogła zapomnieć nieudanego seksu z pijanym proboszczem na cmentarzu. Otrząsała się z obrzydzeniem przez kolejny tydzień na samo jego wspomnienie. Sama myśl o tym, że ksiądz wkładał jej w majtki swoje łapy, a później dawał tymi łapami komunię jej ojcu przyprawiała ją o mdłości. Przy tym sam fakt, że pomylił ją z chłopcem, naprawdę już nie miał dla niej większego znaczenia.

Łatwego życia nie miała też Sabina, czyli Charlotte. Od kiedy rozeszła się plotka, że przeszła na judaizm, nikt z miasteczka nie chciał się z nią zadawać. Zaczęła też dostawać listy z pogróżkami. Próbowała dociec skąd to, ale na kopercie nie było nadawcy, ze stempla zaś wynikało, że był ze wsi Jedwabne.

Najlepiej ze wszystkich radziła sobie Mirinda. Chwilowa depresja Samanthy pozwoliła jej rozwinąć skrzydła. I zarzucić sieci. Na Józka. Józek może nie był najpiękniejszy, ale jak się nie ma, co się lubi, to na pierwszy raz i Józek się nadał. Życie puszczalskiej w małym miasteczku na Podlasiu generalnie nie było łatwe. Ale Mirinda, jak w filmie, łatwo się nie poddawała. Miała przysłowiowe jaja. Z przysłowiowej stali.

Józek zjawił się punktualnie o 21. Trochę onieśmielony, dlatego pałeczkę przejęła Mirinda. Po kilkunastu minutach rozochocony Józek wziął się do roboty. Dość ostro i zawzięcie. Mirinda zaczęła jęczeć. Coraz szybciej i coraz głośniej.
- o tak maleńka. Słyszę, że ci dobrze – powiedział chropowatym, zardzewiałym, jakby mechanicznym glosem Józek.
- Aaaaaaaaa – zaczęła krzyczeć Mirinda.
- krzycz kochanie, krzycz – mówił jak robot jakiś.
- Aaaaa. Na po-moc! Ra-tun-ku !– krzyczała Mirinda i wyślizgując się spod niego uciekła do miasta, krzycząc przeraźliwie, zostawiając na ławce osłupiałego Józka, znanego niemowę ze wsi.





środa, 5 listopada 2014

laski z promocji

- będziemy robić laski za czterdzieści złotych.
- za trzydzieści!
- za dwadzieścia pięć!!
- a w każdy poniedziałek dwie laski w cenie jednej.
- w piątki do każdej laski piwo gratis.
- i orzeszki.
- możemy mieć weekend szalonych cen.
- i zniżki dla stałych klientów.
- co szósta laska gratis.
- i zniżka na obiad.
- będziemy honorować MasterCard.
- i Visę.
- i robić to zbliżeniowo.
- zarobimy na opał.
- i naprawę dachu.
- i wymianę okien.
- co o tym sądzisz matko?
- myślę, że powinnyście odmówić koronkę, siostry, żeby zima była lekka.

niedziela, 2 listopada 2014

jak skrzywdzić kobietę

- Ty gnoju! Ty pieprzona świnio! Jak mogłeś mi to zrobić?!
- Aniu. Proszę cię. Kochanie. Nie rób scen na oczach ludzi – patrzył na nią błagalnym wzrokiem, po czym spojrzał na te dwie, co stały tuż obok i udawały, że są czymś zajęte i niczego nie słyszą.
- Nie mów do mnie kochanie, ty cholerna łajzo. Aaaaaaa – krzyczała wniebogłosy, żeby choć trochę  odreagować - Najchętniej bym cię rozszarpała gołymi rękami.
- Ależ Aniu. Spróbuj się uspokoić.
- Uspokoić? Ja mam się uspokoić? Aaaaa! Czym na to zasłużyłam? Kochałam cię bydlaku. Aaaaaaa.
- ja cię nadal kocham – i kiedy zbliżył się, żeby ją pocałować, dostał z otwartej dłoni w twarz tak mocno, że plaśnięcie odbijało się przez dłuższą chwilę echem.
- to trzeba było wcześniej o tym myśleć. Ty szmaciarzu. Aaaaa – wykrzyczała rzucając w jego stronę wazonem z kwiatami.
- ależ kochanie. Proszę cię. Wybacz – zdążył krzyknąć uchylając się przed ciosem.
- zamknij się idioto. Aaaaaa. Teraz mam ci wybaczyć? Po tym, co wycierpiałam? – i rzuciła w niego talerzem, który stał pod ręką.
- ja naprawdę nie chciałem.
- to trzeba było myśleć o tym wcześniej kretynie. Głową, a nie fiutem. Aaaaa. Nienawidzę cię! Ty świnio! Cholerny bydlaku.
- Aniu. Wybacz mi. Błagam – powiedział ze łzami w oczach.
- Aaaaaa! Ty gnoju! Ty chamie! Wynoś się ty łajzo!
- Aniu. Już nigdy więcej tego nie zrobię. Już nigdy cię nie skrzywdzę – klęczał przed nią i ukrywając twarz w rękach, płakał już rzewnymi łzami, jak mały chłopiec – tylko wybacz mi proszę.

- No. Dość tych scen. Zabieramy żonę na salę porodową.





sobota, 1 listopada 2014

dziewczynka w płonącym płaszczyku.

- Aaaaaaaaaaa - przebiegła tuż koło mnie z krzykiem pięcioletnia, na oko, dziewczynka, w tlącym się płaszczyku, który zajął się od znicza.
- Nie bieeegaaaj dziewczyyynko, bo się spooocisz i przezięęębisz - to miły, starszy pan o lasce próbował jej poradzić, nie zauważając płomieni na dole płaszczyka.
- Zosia się pali, Zosia się pali - to jej starszy brat śmiejąc się biegł za nią.
- Zosia. Zatrzymaj się. Zosiaaa - gonił córkę tata i kiedy ją dopadł, próbował ugasić płomienie rękami. Lecz gdy nie pomogło, przewrócił ją na ziemię i zaczął ją turlać, podpalając przy okazji dużą stertę liści.
- Jezus Maria Andrzej. Pobrudzisz jej płaszczyk. No psiakrew! Cholera!

- Dobrze, że my mamy wszystkich tutaj na Lipowym, bo w przyszłym roku to będziemy musieli jechać do Katowic.
- jak to do Katowic?
- na grób twojej ciotki.
- ja wiem Maryla, że Ty jej nie lubisz. Ale ciotka Halina ciągle jeszcze żyje i wciąż ma się dobrze.
- oj tam, oj tam Stefan. A pamiętasz wiosną, jaka była słaba?
- zwykłe przeziębienie. Każdemu się zdarza.
- teraz też narzeka, że ją serce boli. Coś mi się wydaje, że za rok ta jędza zrobi nam psikusa.
- Halina? Że umrze?
- że znowu przeżyje.

- dooooobryyyyyy jeeeeeezuuuuu aaaaaa naaaasz paaaaanieeee. Daaaaj nam wieeeeczne spooooooczyyyyyywanie - to grupa starszych pań i starszych panów wyłoniła się z bocznej alei, zawodząc smutnie i idąc powoli, kołysząc się na boki. Dziwnie tak wyglądali w blasku palących się zniczy.
- a czemu oni tak dziwnie idą i tak jakoś jęczą? - zapytała Zosia.
- bo to idą zombie - powiedział jej starszy brat.
- Aaaaaaaaaaaaaaa - przebiegła tuż koło mnie z krzykiem pięcioletnia, na oko, dziewczynka, w nadpalonym płaszczyku.


czwartek, 30 października 2014

ekonomia codziennych zakupów

Nie mogę narzekać na swoją pensję. Ale powodów do hurra optymizmu też nie mam. Mogę sobie, wprawdzie, pozwolić na więcej, niż gdybym zarabiał średnią krajową, lub, o zgrozo, najniższą. Ale nie zarabiam. A mimo to muszę przyglądać się moim finansom i jak każdy w tym kraju, oszczędzać. Nie jest łatwo. Bo jestem zakupoholikiem. I palaczem. Dlatego wdrożyłem E.C.O. Ekonomię Codziennych Zakupów.



Jak ostatnio, gdy kupiłem sobie spodnie, przecenione na 99 złotych. Przy kasie okazało się, że są przecenione, ale na 139. Jestem klientem świadomym i swoje prawa znam, dlatego po krótkiej walce z obsługą sklepu, wyszedłem ze spodniami i zaoszczędzonymi czterema dychami w kieszeni. Pieniądz robi pieniądz, dlatego w innym sklepie kupiłem longsleeve za 49 złotych. Właściwie dwa, bo dwa kosztowały jedynie 69. Jako, że oszczędziłem na zakupie spodni cztery dychy, to dopłaciłem tylko różnicę. I tym sposobem za dwa longsleeve, po 49 każdy, zapłaciłem 29 złotych, co pozwoliło mi zaoszczędzić kolejne 69 złotych, które wydałem na buty. Buty kosztowały 339, ale, że ja drogo nie kupuję, to  wynalazłem takie, które były przecenione na 219. Dokładając moje 69 złotych, zapłaciłem tylko 150, oszczędzając na butach wartych 339 aż 189 złotych.

No i palenie. Jako, że wkurzało mnie, że zawsze zabraknie mi fajek w nieodpowiednim momencie, zacząłem kupować je na kartony. Po dziesięć paczek. Bo taniej. O 80 groszy. Dzięki temu każdego dnia nie wydaję już 13,80, które skrupulatnie liczę i na przykład po tygodniu mogłem kupić sobie kurtkę, dokładając zaoszczędzone wcześniej 189 złotych. Zaoszczędzone na kurtce 259 złotych wydałem tylko na dwa swetry, bo drugi był za 50%, a resztę odłożyłem. Na gorsze czasy, które przychodzą zazwyczaj na kilka dni przed wypłatą.



czwartek, 16 października 2014

ebola w Polsce

Ebola pojawiła się w Polsce przypadkowo. Właściwie Ebol było dziesięć, ale dziewięć od razu zaje*ali na lotnisku Chopina przy rozładunku bagaży. I nikt niczego nie widział, a każdy zawsze chciał dorobić do swej marnej pensji. Choć wszyscy ją przed tym krajem ostrzegali, bo mimo, że równie dziki, jak Sudan, czy Nigeria, to jednak całkiem inny, Ebola postanowiła spróbować życia tutaj.

W pierwszej godzinie, spacerując po Warszawie, Ebola usłyszała, że ma wypie*dalać z kraju białych ludzi. W drugiej godzinie Ebolę skropiono kilka razy święconą wodą. W trzeciej dostała staropolski wpie*dol, w czwartej kosę w plecy.

Długo nie pożyła.

czwartek, 9 października 2014

kto przeżyje swoją śmierć

część I tu <click>

część II tu <click>

Mireczek przeleżał w szpitalu dwa kolejne miesiące z rozłupaną czaszką i wstrząśnieniem mózgu. Żaden z nas nie wrócił jeszcze do siebie. Miewaliśmy koszmary, a on przynajmniej do dziś spał sobie smacznie, nie odzyskując przytomności. W zasadzie cudem przeżyliśmy ten atak zombie. Tych scen żaden z nas nie zapomni do końca życia. Te wspomnienia były ciągle żywe.

Uciekaliśmy wtedy na oślep, w popłochu, w zupełnych ciemnościach słuchając coraz głośniejszych i bardziej przeraźliwych krzyków kolejnych ofiar. Wbiegliśmy do jakiegoś ślepego, jak nam się wydawało, korytarza i zaczęliśmy się barykadować. Byliśmy naprawdę roztrzęsieni. I Kiedy Mireczek dokładał spory głaz, żeby zatkać ostatnią szczelinę, poczuł ugryzienie.
- ghrrr, ghrrr – to Malik charczał, gryząc rękę Mireczka.
- aaaaa. Chłopaki. On mnie ugryzł. Ja pie*dolę. Już po mnie.
- to nie dzieje się naprawdę – wyszeptał Miriam
- ja nie chcę być zombie – zapłakał Mireczek – musicie mnie zabić.
- Mireczek, uratujemy cię – obiecywał Gołąb – musimy tylko…
I zanim skończył zdanie, Isiu walnął Mireczka w łeb deską, którą znalazł gdzieś przy barykadzie.
- Isiu. Daj spokój – krzyczeliśmy, choć sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
Łup. Isiu kolejny raz walnął Mireczka. Zaraz potem znowu i trzeci i czwarty. I gdy wydawało się, że w końcu go zabije, od tyłu zaszedł nas Malik i powiedział:
- ej chłopaki. Żartowałem. A o co chodziło z tym zombie?

bring it