Korpo podzielić można na dwie kategorie. Na chu*owe i na te, które francuskie nie są. Na moje nieszczęście, od dziesięciu lat z okładem pracuję w tych pierwszych. Ale już niedługo. Bo mnie wywalili, kiedy odmówiłem przyjęcia „awansu”. I przyznać się muszę, że gdy mój plan wypali, to będzie to najlepsze, co mogło mi się zdarzyć.
Jak na razie pałam nienawiścią do tego, co francuskie. Całe lata temu obiecałem sobie, że we Francji moja noga nigdy nie postanie. Nie tknę francuskich serów, nie napiję wina, a od wczoraj nawet brzydzą mnie croissanty :-) Pie*dolone żabojady zaszły mi za skórę, ale ja do ku*wy nędzy łatwo nie odpuszczę.
W korpo, jak to w korpo, oprócz fajnych ludzi pracują matoły i ja właśnie z jednym wkrótce się rozprawię. Za wszystkie intrygi, za rozpuszczane plotki, za uśmiech na twarzy w krótkiej chwili chwały, gdy się okazało, że ja wylatuję, a matoł zostaje. Zasrany intrygant, mały złodziejaszek powinien pamiętać, że śmieje się ten zazwyczaj, kto śmieje się ostatni.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
piątek, 29 listopada 2013
sobota, 23 listopada 2013
jak Malik przeżył swoją śmierć
Bezwładne ciało Malika znaleźliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę. Nocowaliśmy wtedy w małym gospodarstwie agroturystycznym tuż pod Kielcami. Przyjechaliśmy tu na wesele Klo. Była naszą przyjaciółką od lat, kochaliśmy ją jak siostrę, nazywaliśmy ją tak pieszczotliwie, bo naprawdę miała na imię Klotylda. To imię nadała jej matka, która nienawidziła jej od pierwszego dnia, w którym dowiedziała się, że jest w ciąży z pewnym wojskowym, który spędzał urlop w górach, gdzie mieszkała. Matka Klo poszłaby za nim na koniec świata. Nie przewidziała tylko jednego, że jej ukochany na stałe stacjonował w wojskowej bazie na Antarktydzie. Matka Klo, góralka ze Szczyrku lubiła śnieg i zimę, ale ku*wa bez przesady…
Wróciliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę, bo przyjechaliśmy tu dzień wcześniej i postanowiliśmy zabawić się z chłopcami ze wsi. Malik nie czuł się najlepiej i nie poszedł z nami. Weszliśmy cicho do pokoju i zobaczyliśmy go bezwładnie przewieszonego przez deskę do prasowania. To był straszny widok. Jego wykręcone stopy powłóczące po podłodze, jego ręce i głowa zwisające luźno po drugiej stronie deski, na niej znajdowała się niedoprasowana koszula, tuż obok, na podłodze, leżało żelazko. Co tu się mogło stać?!
- Jezus Maria. Malik – podbiegłem do niego, wziąłem go od tyłu pod pachy i zacząłem nim potrząsać – Malik, ocknij się – krzyczałem. Mireczkek w tym czasie zaczął go lać po mordzie z liścia, raz lewą, raz prawą ręką i tak chyba ze trzydzieści razy, a ten wciąż nie dawał znaku życia.
- Zrób mu sztuczne oddychanie – powiedziałem.
- Sam mu zrób – oburzył się Mireczek.
Normalnie nie mielibyśmy oporów, ale znaliśmy się wszyscy całe długie lata i robienie tego Malikowi byłoby dość krępujące. Mireczek wypłacił Malikowi z liścia po raz ostatni.
- Zostaw go!!! – krzyknąłem.
- Nie żyje – powiedział Mireczek.
- Jezus Maria! Zabiłeś Malika! – spanikowałem i w tym momencie jego ciało wypadło mi z rąk, uderzając z hukiem o podłogę.
- Jak to zabiłem? Przecież już nie żył.
- Ale on był tylko trochę przeziębiony.
- Bo go mroziłeś wczoraj tą klimatyzacją całą drogę.
- Od tego się nie umiera. Matko Boska ja pie*dolę, musimy się pozbyć ciała.
Za każdym razem, gdy wpadałem w panikę, przywoływałem na głos imiona świętych, choć do kościoła od lat nie chodziłem. Byłem cały w nerwach.
- Jak to możliwe? – spytałem Mireczka.
- No wiesz. Niezbadane są wyroki boskie – filozoficznie odparł Mireczek – Żyjesz sobie, a tu nagle pstryk i już Cię nie ma.
I w momencie, gdy pstryknął Mireczek palcami, leżący na ziemi Malik ocknął się i powiedział: Oooo chłopaki, wróciliście.
- Malik. Ty żyjesz – omal się nie rozpłakałem – Co się z Tobą działo?
- Nie wiem. To ta koszula. Pamiętam tylko, że ją prasowałem i zaczęło mi się kręcić w głowie.
Koszula Malika była bardzo elegancka. Taliowana, w kolorze jasnego beżu w drobniutkie, czarne kółeczka, o średnicy trzech lub czterech milimetrów. Środki kółeczek również były beżowe. Kiedy tak człowiek przez chwilę jej się przyglądał, to zaczynało mu się kręcić w głowie. Hmm, trochę to było dziwne.
- Wyprasuję Ci tę koszulę – powiedział Mireczek i zabrał się do roboty. Ja siedziałem jeszcze chwilę przy Maliku by mieć na niego oko. Poszedłem po wodę i kiedy wróciłem, zauważyłem Mireczka słaniającego się na nogach.
- On ma rację. Od prasowania tej koszuli kręci mi się w głowie – powiedział i się przewrócił.
- Przecież to jest niemożliwe – powiedziałem i tym razem to ja wziąłem się za prasowanie.I kiedy tak prasowałem, poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje, ale nie zdążyłem o tym powiedzieć Mireczkowi, bo puściłem pawia.
Malikowi po tej całej akcji też już było wszystko jedno, więc ostatecznie na wesele poszedł w t-shircie i trampkach, wyrzucając wcześniej do śmieci koszulę.
Wróciliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę, bo przyjechaliśmy tu dzień wcześniej i postanowiliśmy zabawić się z chłopcami ze wsi. Malik nie czuł się najlepiej i nie poszedł z nami. Weszliśmy cicho do pokoju i zobaczyliśmy go bezwładnie przewieszonego przez deskę do prasowania. To był straszny widok. Jego wykręcone stopy powłóczące po podłodze, jego ręce i głowa zwisające luźno po drugiej stronie deski, na niej znajdowała się niedoprasowana koszula, tuż obok, na podłodze, leżało żelazko. Co tu się mogło stać?!
- Jezus Maria. Malik – podbiegłem do niego, wziąłem go od tyłu pod pachy i zacząłem nim potrząsać – Malik, ocknij się – krzyczałem. Mireczkek w tym czasie zaczął go lać po mordzie z liścia, raz lewą, raz prawą ręką i tak chyba ze trzydzieści razy, a ten wciąż nie dawał znaku życia.
- Zrób mu sztuczne oddychanie – powiedziałem.
- Sam mu zrób – oburzył się Mireczek.
Normalnie nie mielibyśmy oporów, ale znaliśmy się wszyscy całe długie lata i robienie tego Malikowi byłoby dość krępujące. Mireczek wypłacił Malikowi z liścia po raz ostatni.
- Zostaw go!!! – krzyknąłem.
- Nie żyje – powiedział Mireczek.
- Jezus Maria! Zabiłeś Malika! – spanikowałem i w tym momencie jego ciało wypadło mi z rąk, uderzając z hukiem o podłogę.
- Jak to zabiłem? Przecież już nie żył.
- Ale on był tylko trochę przeziębiony.
- Bo go mroziłeś wczoraj tą klimatyzacją całą drogę.
- Od tego się nie umiera. Matko Boska ja pie*dolę, musimy się pozbyć ciała.
Za każdym razem, gdy wpadałem w panikę, przywoływałem na głos imiona świętych, choć do kościoła od lat nie chodziłem. Byłem cały w nerwach.
- Jak to możliwe? – spytałem Mireczka.
- No wiesz. Niezbadane są wyroki boskie – filozoficznie odparł Mireczek – Żyjesz sobie, a tu nagle pstryk i już Cię nie ma.
I w momencie, gdy pstryknął Mireczek palcami, leżący na ziemi Malik ocknął się i powiedział: Oooo chłopaki, wróciliście.
- Malik. Ty żyjesz – omal się nie rozpłakałem – Co się z Tobą działo?
- Nie wiem. To ta koszula. Pamiętam tylko, że ją prasowałem i zaczęło mi się kręcić w głowie.
Koszula Malika była bardzo elegancka. Taliowana, w kolorze jasnego beżu w drobniutkie, czarne kółeczka, o średnicy trzech lub czterech milimetrów. Środki kółeczek również były beżowe. Kiedy tak człowiek przez chwilę jej się przyglądał, to zaczynało mu się kręcić w głowie. Hmm, trochę to było dziwne.
- Wyprasuję Ci tę koszulę – powiedział Mireczek i zabrał się do roboty. Ja siedziałem jeszcze chwilę przy Maliku by mieć na niego oko. Poszedłem po wodę i kiedy wróciłem, zauważyłem Mireczka słaniającego się na nogach.
- On ma rację. Od prasowania tej koszuli kręci mi się w głowie – powiedział i się przewrócił.
- Przecież to jest niemożliwe – powiedziałem i tym razem to ja wziąłem się za prasowanie.I kiedy tak prasowałem, poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje, ale nie zdążyłem o tym powiedzieć Mireczkowi, bo puściłem pawia.
Malikowi po tej całej akcji też już było wszystko jedno, więc ostatecznie na wesele poszedł w t-shircie i trampkach, wyrzucając wcześniej do śmieci koszulę.
piątek, 22 listopada 2013
historia jednego gwałtu
Lutka została zgwałcona 19 października o godzinie 1:46 czasu lokalnego wśród gęstwiny nieco zapuszczonej części parku Chopina. Mimo, że od gwałtu upłynęło już trochę czasu, Lutce do dziś na samo wspomnienie trzęsły się jeszcze nogi. Przechadzała się tamtędy jak codzień, powoli, rozglądając się na boki. Wieczór był już chłodny i nieco deszczowy, ale Lutka nigdy łatwo się nie poddawała. Szła i szła i szła, aż w końcu drogę zagrodził jej ekshibicjonista, rozchylając poły swego płaszcza, pokazując wszystko to, co miał do pokazania. Lutka stanęła jak wryta, a jej oczy robiły się coraz większe i większe i większe. Lutka zbaraniała. No i ją zatkało. Patrzyła, jak szpak w eee… kość i uwierzyć nie mogła, że jej się to przytrafiło. Jak już otrzeźwiała, ruszyła wolnym krokiem w stronę tego zboka. Zbok cofnął się o krok. Lutka przyspieszyła. Zbok cofnął się dwa kroki, Lutka przyspieszyła bardziej, ten cofnął się trzy kroki, ta puściła biegiem. Lecz on widząc, co się dzieje, zapiął płaszcz i wciągnął majtki i zaczął uciekać.
Biegła za nim Lutka, aż się zasapała i nim się zorientowała, była wśród tych chaszczy, w tej dzikiej gęstwinie. Zgięta w pół, podparta dłońmi o kolana, zasapana stała, no bo w końcu miała już te swoje lata. Wydychała powietrze bezzębnymi ustami, przecierała dłonią swe spocone czoło. I gdy omal nie straciła przytomności w tej ciemnej alejce, zaszedł ją od tyłu drab i zasłonił usta. Wciągnął w krzaki, zadarł kieckę i ją wykorzystał. Leżała tak Lutka jeszcze przez godzinę, widząc w oczach gwiazdy, które jakoś dzisiaj świeciły tak jasno.
Lutka miała liście w każdym zakamarku, podniosła się z ziemi, z błota otrzepała, opuściła kieckę i poszła do domu z uśmiechem na twarzy, podśpiewując cicho. Chodziła po tym parku całymi nocami od kilku miesięcy, aż się jej trafiło to, o czym marzyła. Bo już była stara i bardzo zniszczona więc nikt jej dotknąć nie chciał, nawet po pijaku…
Biegła za nim Lutka, aż się zasapała i nim się zorientowała, była wśród tych chaszczy, w tej dzikiej gęstwinie. Zgięta w pół, podparta dłońmi o kolana, zasapana stała, no bo w końcu miała już te swoje lata. Wydychała powietrze bezzębnymi ustami, przecierała dłonią swe spocone czoło. I gdy omal nie straciła przytomności w tej ciemnej alejce, zaszedł ją od tyłu drab i zasłonił usta. Wciągnął w krzaki, zadarł kieckę i ją wykorzystał. Leżała tak Lutka jeszcze przez godzinę, widząc w oczach gwiazdy, które jakoś dzisiaj świeciły tak jasno.
Lutka miała liście w każdym zakamarku, podniosła się z ziemi, z błota otrzepała, opuściła kieckę i poszła do domu z uśmiechem na twarzy, podśpiewując cicho. Chodziła po tym parku całymi nocami od kilku miesięcy, aż się jej trafiło to, o czym marzyła. Bo już była stara i bardzo zniszczona więc nikt jej dotknąć nie chciał, nawet po pijaku…
czwartek, 21 listopada 2013
obywatelu! pie*dol się sam
To nie miał być najszczęśliwszy dzień dla Jaśka. I Jasiek to przeczuwał od momentu, gdy z samego rana złamał sobie zęba. No nic w życiu tak nie wku*wia, jak złamany ząb z samego rana, na świeżutkiej bułce z dżemem malinowym. Udał się więc Jasiek do przychodni, po sąsiedzku, by ratować zęba. Bo podatki płaci i ZUS-y i srusy i pomyślał sobie, że co będzie płacił za stomatologa. No i się chłop zdziwił, bo się okazało, że na kasę chorych mogą wstawić plombę albo zęba wybić, śpiewając mu przy tym rzewną kołysankę. A to jest sztukowanie i na fundusz, bez zapłaty tego się nie robi. Ciśnienie mu podskoczyło i gdy jedna wredna z rejestracji wprost mu powiedziała, że złamany ząb mu w niczym nie przeszkadza, to się Jasiek wściekł i zrobił awanturę. Więc go wyprowadzili panowie z ochrony, zatrzasnęli drzwi i zakazali wstępu. Jasiek nie był biedny, lecz dbał o zasady. Bogaty zresztą też nie, lecz te składki płacił i strasznie się wku*wiał, bo nic z tego nie miał.
Jak kiedyś, gdy wyleciał z pracy, bo trochę pyskował i się okazało, że zasiłek owszem, nawet dostać może. Lecz zasiłku było pięćset a czynsz za mieszkanie miał niecałe sześćset. No krew go chciała zalać i szlag na miejscu trafić, bo jak już wspomniałem, cały czas pracował no i składki płacił.
Jakby było mało, gdy wrócił do domu, zmęczony po pracy, obolały, wściekły, to wyjął ze skrzynki przesyłkę - list z ZUS-u. Otworzył ją szybko drżącymi rękami, a tam wyliczenie i jak wół tam stoi, że jak będzie tyrał i składki wciąż płacił, to dostanie kasę ledwo na waciki. Jasiek miał już dość i zatrząsł się ze złości. Postanowił szaleć i dość młodo umrzeć. Przepier**lić kasę na wódę i dziwki. Jak pomyślał, tak zrobił.
I gdy chciał wyciągnąć kasę z bankomatu, to się okazało, że ma blok na koncie, bo mu siadł komornik, gdy nie płacił ZUS-u, o czym się dowiedział, gdy dzwonił do banku. Nie było mu dane spełnić swego planu, będzie musiał tyrać, by te składki spłacić, plus dwa razy tyle pensji komornika. Nie kupił więc wódki, nie poszedł na dziwki, wrócił sam do domu i sobie pomyślał: Obywatelu. Pie*dol się sam, bo prędzej czy później ten kraj cię wypie*doli i nie będzie kasy na wódkę i dziwki...
Jak kiedyś, gdy wyleciał z pracy, bo trochę pyskował i się okazało, że zasiłek owszem, nawet dostać może. Lecz zasiłku było pięćset a czynsz za mieszkanie miał niecałe sześćset. No krew go chciała zalać i szlag na miejscu trafić, bo jak już wspomniałem, cały czas pracował no i składki płacił.
Jakby było mało, gdy wrócił do domu, zmęczony po pracy, obolały, wściekły, to wyjął ze skrzynki przesyłkę - list z ZUS-u. Otworzył ją szybko drżącymi rękami, a tam wyliczenie i jak wół tam stoi, że jak będzie tyrał i składki wciąż płacił, to dostanie kasę ledwo na waciki. Jasiek miał już dość i zatrząsł się ze złości. Postanowił szaleć i dość młodo umrzeć. Przepier**lić kasę na wódę i dziwki. Jak pomyślał, tak zrobił.
I gdy chciał wyciągnąć kasę z bankomatu, to się okazało, że ma blok na koncie, bo mu siadł komornik, gdy nie płacił ZUS-u, o czym się dowiedział, gdy dzwonił do banku. Nie było mu dane spełnić swego planu, będzie musiał tyrać, by te składki spłacić, plus dwa razy tyle pensji komornika. Nie kupił więc wódki, nie poszedł na dziwki, wrócił sam do domu i sobie pomyślał: Obywatelu. Pie*dol się sam, bo prędzej czy później ten kraj cię wypie*doli i nie będzie kasy na wódkę i dziwki...
wtorek, 19 listopada 2013
mały gej
No to przyłapałem cię, ty mały geju. Z nudów zajrzałem sobie w statystyki bloga i zobaczyłem, co ludzie wpisują do wyszukiwarek i dzięki czemu trafili na mój cyber-burdel. I powiem jedno.. Świństwa. Mały gej to pikuś. Ze statystyk wiem, że zrobił koledze loda. I nie wiem, czy musiał, czy chciał ani czy mu było dobrze. W każdym razie zrobił i coś go chyba męczy. No to my cię mały namierzymy i powiemy mamie. Choć pewnie nie zrozumie, co to wszystko znaczy i spróbować zechce.
Z małym gejem to jest taka śmieszna historyjka. Jeden z pracowników mojego klienta był bardzo pyskaty. Tadziu, choć dość niski i niezwykle szczupły, wypełniał swą osobą całą wolną przestrzeń. Wszędzie go było pełno, był głośny i żywy. I był homofobem, tak mi się wydaje, bo wciąż miał obsesję i wyzywał gejów. Właściwie jednego. Wciąż słyszałem tylko: byłem u małego geja, mały gej mnie wku**ił, je*ać małego geja.
Jak się okazało, mały gej był szefem, ojcem dwójki dzieci i szczęśliwym mężem i był ode mnie wyższy o połowę głowy. Czyli lekko licząc, miał chłop ze dwa metry. Tadziu ze swym wzrostem sięgał mu zaledwie nieco wyżej pasa. Gdy go tamten łajał, to ten, by go zobaczyć musiał stać na palcach i zadzierać głowę. I krew go zalewała. Gdy ten już Tadzia z błotem zmieszał i mocno sponiewierał, wyszedł Tadzio na fajkę i klął na czym świat stoi, obrzucając w myślach błotem tego geja, życząc mu złośliwie, by go wyruchała połowa kompanii.
Aż nadszedł ten dzień, gdy mały gej przyszedł i wyruchał Tadzia. Bez mydła i czułości, bez zbędnego kocham. Przyszedł do roboty, po czym wezwał Tadzia i go wypie**olił, wręczając papiery. Tak to w życiu bywa, że mały jest wielki, a wyruchać można nawet heteryka.
Z małym gejem to jest taka śmieszna historyjka. Jeden z pracowników mojego klienta był bardzo pyskaty. Tadziu, choć dość niski i niezwykle szczupły, wypełniał swą osobą całą wolną przestrzeń. Wszędzie go było pełno, był głośny i żywy. I był homofobem, tak mi się wydaje, bo wciąż miał obsesję i wyzywał gejów. Właściwie jednego. Wciąż słyszałem tylko: byłem u małego geja, mały gej mnie wku**ił, je*ać małego geja.
Jak się okazało, mały gej był szefem, ojcem dwójki dzieci i szczęśliwym mężem i był ode mnie wyższy o połowę głowy. Czyli lekko licząc, miał chłop ze dwa metry. Tadziu ze swym wzrostem sięgał mu zaledwie nieco wyżej pasa. Gdy go tamten łajał, to ten, by go zobaczyć musiał stać na palcach i zadzierać głowę. I krew go zalewała. Gdy ten już Tadzia z błotem zmieszał i mocno sponiewierał, wyszedł Tadzio na fajkę i klął na czym świat stoi, obrzucając w myślach błotem tego geja, życząc mu złośliwie, by go wyruchała połowa kompanii.
Aż nadszedł ten dzień, gdy mały gej przyszedł i wyruchał Tadzia. Bez mydła i czułości, bez zbędnego kocham. Przyszedł do roboty, po czym wezwał Tadzia i go wypie**olił, wręczając papiery. Tak to w życiu bywa, że mały jest wielki, a wyruchać można nawet heteryka.
poniedziałek, 18 listopada 2013
wszystkiemu winni Żydzi
Babcia Irena była super. Niestety nie miałem jej na co dzień, bo w latach osiemdziesiątych coś im odbiło i postanowili z dziadkiem wyprowadzić się do pipidówy oddalonej od naszego miasta o pięćdziesiąt kilka kilometrów. Ani to nad morze, ani w góry, więc nie jeździłem do nich na wakacje, bo nie było sensu. Wpadaliśmy za to z rodzicami do nich od czasu do czasu, najczęściej znienacka. Bo wtedy ogólnie wpadało się do wszystkich znienacka. Bo nie było telefonów, ani skype’a. Nie było też fejsa. Zresztą w pipidówie babci nie było nawet ani jednej budki telefonicznej. Masakra.
Te pięćdziesiąt kilka kilometrów to była prawdziwa wyprawa. Bo nie mieliśmy też samochodu. Samochody były na talony, a u nas dojścia do talonów nikt nie miał. Bo trzeba było być w partii. Można było kupić samochód używany od tego, kto dostał nowy talon. Ale taka przechodzona używka kosztowała trzy razy więcej niż nowe. Więc tłukliśmy się PKS-em, który przyjechał albo nie, o czym dowiadywaliśmy się najczęściej na przystanku.
Jak już udało nam się dojechać, to była wielka radość. Cieszyła się babcia, że ujrzeć mogła wnuki, cieszyły się wnuki, że w końcu k… dojechały. Zmarznięte, wygłodniałe, ale szczęśliwe. Babcia zaczynała od robienia dla nas jedzenia. Po kilku godzinach spędzonych w podróży wyglądaliśmy z bratem i siostrą dość marnie. Rodzice jakoś się trzymali, ale w ciągu kilku minut na stole lądowała gorąca herbata z sokiem z malin z lasu, prawdziwy chleb z prawdziwym masłem i prawdziwą kiełbasą. Bo babcia miała w mięsnym znajomości. Bo jakby nie miała, to byłby z samym masłem. Albo nawet bez. Uwielbiałem też drożdżowe ciasto, które miała zawsze. Do dzisiaj pamiętam ten smak, lubiłem je z kruszonką.
Jedzenia nigdy nam nie brakowało. Nawet, gdy było na kartki, bo mama też miała w sklepach znajomości. Choć bywało niebezpiecznie, bo komitet kolejkowy mógłby mamę pobić. Więc do sklepów chodziłem ja. To była misja specjalna. Podchodziłem do mięsnego, zawsze od dupy strony, pukałem trzykrotnie w określonym rytmie i znajoma pani, pakowała mi do torby, co akurat miała. Czasem schab, czasem kiełbasę, a czasami nerki. Tfu. Tym gulaszem z nerek to do dziś mi się odbija. Ale brało się co było. Bo można się było zamienić kiełbasą na papier toaletowy, gdy ktoś miał znajomości w sklepie papierniczym, albo na paczkę kawy, gdy znał kogoś w spożywczym.
A później przyszedł kapitalizm, który, nie wiedzieć czemu, przeklinała babcia. Narzekała, marudziła i zawsze mówiła, że winni są temu Żydzi. Bo Żydów babcia wręcz nienawidziła. Z całego serca. Jak osiemdziesiąt pięć procent prawdziwych Polaków, katolików, wieszających krzyże z szefem nad każdymi drzwiami...
Te pięćdziesiąt kilka kilometrów to była prawdziwa wyprawa. Bo nie mieliśmy też samochodu. Samochody były na talony, a u nas dojścia do talonów nikt nie miał. Bo trzeba było być w partii. Można było kupić samochód używany od tego, kto dostał nowy talon. Ale taka przechodzona używka kosztowała trzy razy więcej niż nowe. Więc tłukliśmy się PKS-em, który przyjechał albo nie, o czym dowiadywaliśmy się najczęściej na przystanku.
Jak już udało nam się dojechać, to była wielka radość. Cieszyła się babcia, że ujrzeć mogła wnuki, cieszyły się wnuki, że w końcu k… dojechały. Zmarznięte, wygłodniałe, ale szczęśliwe. Babcia zaczynała od robienia dla nas jedzenia. Po kilku godzinach spędzonych w podróży wyglądaliśmy z bratem i siostrą dość marnie. Rodzice jakoś się trzymali, ale w ciągu kilku minut na stole lądowała gorąca herbata z sokiem z malin z lasu, prawdziwy chleb z prawdziwym masłem i prawdziwą kiełbasą. Bo babcia miała w mięsnym znajomości. Bo jakby nie miała, to byłby z samym masłem. Albo nawet bez. Uwielbiałem też drożdżowe ciasto, które miała zawsze. Do dzisiaj pamiętam ten smak, lubiłem je z kruszonką.
Jedzenia nigdy nam nie brakowało. Nawet, gdy było na kartki, bo mama też miała w sklepach znajomości. Choć bywało niebezpiecznie, bo komitet kolejkowy mógłby mamę pobić. Więc do sklepów chodziłem ja. To była misja specjalna. Podchodziłem do mięsnego, zawsze od dupy strony, pukałem trzykrotnie w określonym rytmie i znajoma pani, pakowała mi do torby, co akurat miała. Czasem schab, czasem kiełbasę, a czasami nerki. Tfu. Tym gulaszem z nerek to do dziś mi się odbija. Ale brało się co było. Bo można się było zamienić kiełbasą na papier toaletowy, gdy ktoś miał znajomości w sklepie papierniczym, albo na paczkę kawy, gdy znał kogoś w spożywczym.
A później przyszedł kapitalizm, który, nie wiedzieć czemu, przeklinała babcia. Narzekała, marudziła i zawsze mówiła, że winni są temu Żydzi. Bo Żydów babcia wręcz nienawidziła. Z całego serca. Jak osiemdziesiąt pięć procent prawdziwych Polaków, katolików, wieszających krzyże z szefem nad każdymi drzwiami...
niedziela, 17 listopada 2013
orgie i reklamacja
Związek Rachel (czyt. Rejczel) i Enrique (czyt. Enrike) nie należał do udanych. Był, bo był. Ani ona, ani on nie pamiętali już, kiedy i w jakich okolicznościach przewrotny los zetknął ich ze sobą. Obydwoje piękni, bywali obiektem pożądania wielu.
Ona. Niezwykle kobieca. Atrakcyjna blondynka, o ponętnych kształtach, z obfitym, kształtnym biustem, z zaokrąglonymi biodrami, gładką, nienaturalnie zaróżowioną cerą, zwracała na siebie uwagę mężczyzn. Twarz jej byłaby przeciętna, gdyby nie cudownie wielkie i niebieskie oczy. No i usta. Czerwone, zmysłowe, nieustająco z wyrazem lekkiego zdziwienia. Rachel miała zawsze duże powodzenie u mężczyzn.
On. Prawdziwie męski, o urodzie południowca. Jego śniada cera, w połączeniu z ciemną oprawą czarnych oczu i czarnymi, jak heban włosami budziła seksualne żądze. Wielkie, męskie dłonie, szeroka, umięśniona klatka piersiowa, cudownie owłosiona, powodowała, że dla wielu był ucieleśnieniem bestii. Prawdziwego samca. Idealnym kochankiem. Dla wszystkich. Poza Rachel (czyt. Rejczel).
Nie układało im się od początku. Rachel (czyt. Rejczel) prowadziła dotąd żywot dość hulaszczy, adorowana przez niezbyt atrakcyjnego i niezwykle nieśmiałego lekarza, nie odmawiała swych wdzięków jego przyjaciołom, prowokując wielokrotnie upadlające orgie, w ich domu na przedmieściach. Doprowadzając wszystkich innych po kolei do seksualnej ekstazy, sama nigdy nie miała dość.
Co innego Enrique (czyt. Enrike). Mimo swej niezwykłej, fizycznej atrakcyjności, doświadczenia miał dość skąpe. Jedynie z Olkiem, studentem informatyki.
Dotychczasowe życie Rachel (czyt. Rejczel) również erotyczne, było dla Enrique (czyt. Enrike) barierą nie do pokonania. On był dla niej kolejną zabawką, ona dla niego nikim więcej. Ona mówiła o nim, że jest pusty, on o niej, że jest plastikowa. Byli od siebie tak daleko, choć tak blisko, mieszkając na małym regale, z napisem [reklamacje], w ciasnym magazynku na tyłach miejscowego sex-shopu.
Ona. Niezwykle kobieca. Atrakcyjna blondynka, o ponętnych kształtach, z obfitym, kształtnym biustem, z zaokrąglonymi biodrami, gładką, nienaturalnie zaróżowioną cerą, zwracała na siebie uwagę mężczyzn. Twarz jej byłaby przeciętna, gdyby nie cudownie wielkie i niebieskie oczy. No i usta. Czerwone, zmysłowe, nieustająco z wyrazem lekkiego zdziwienia. Rachel miała zawsze duże powodzenie u mężczyzn.
On. Prawdziwie męski, o urodzie południowca. Jego śniada cera, w połączeniu z ciemną oprawą czarnych oczu i czarnymi, jak heban włosami budziła seksualne żądze. Wielkie, męskie dłonie, szeroka, umięśniona klatka piersiowa, cudownie owłosiona, powodowała, że dla wielu był ucieleśnieniem bestii. Prawdziwego samca. Idealnym kochankiem. Dla wszystkich. Poza Rachel (czyt. Rejczel).
Nie układało im się od początku. Rachel (czyt. Rejczel) prowadziła dotąd żywot dość hulaszczy, adorowana przez niezbyt atrakcyjnego i niezwykle nieśmiałego lekarza, nie odmawiała swych wdzięków jego przyjaciołom, prowokując wielokrotnie upadlające orgie, w ich domu na przedmieściach. Doprowadzając wszystkich innych po kolei do seksualnej ekstazy, sama nigdy nie miała dość.
Co innego Enrique (czyt. Enrike). Mimo swej niezwykłej, fizycznej atrakcyjności, doświadczenia miał dość skąpe. Jedynie z Olkiem, studentem informatyki.
Dotychczasowe życie Rachel (czyt. Rejczel) również erotyczne, było dla Enrique (czyt. Enrike) barierą nie do pokonania. On był dla niej kolejną zabawką, ona dla niego nikim więcej. Ona mówiła o nim, że jest pusty, on o niej, że jest plastikowa. Byli od siebie tak daleko, choć tak blisko, mieszkając na małym regale, z napisem [reklamacje], w ciasnym magazynku na tyłach miejscowego sex-shopu.
środa, 13 listopada 2013
puszczalska Marta
Marta była puszczalska. Puszczała się za kasę i dobrze jej z tym było, a przy okazji mogła zapewnić sobie w miarę godny byt, bo taki sposób miała, by sobie dorobić do swej nędznej pensji. Właściwie to nie puszczała się za kasę bezpośrednio, nie miała cennika, jak pierwsza lepsza dziwka, stojąc na ulicy. Marta była wyrachowana, tak o niej mówiono, bo sama tego słowa znaczenia nie znała. Zawsze celowała w bogatych kochanków, a ci jej kupowali przeróżne prezenty. No, ale dostając, dla przykładu, buteleczkę perfum, oszczędzała na tym jakieś dwieście złotych, których ze swej nędznej pensji wydawać nie musiała.
Za upojną noc dostała piżamkę, za kolejne dwie jakieś tam kolczyki, od innego laptopa, był też taki jeden, co kupił jej zmywarkę. Wszyscy dookoła mieli ją za głupią, ale koleżanki ciut jej zazdrościły, a to nowych butów, to nowego płaszcza. Każdy coś podejrzewał, choć nikt nie miał dowodów, w jaki sposób na luksusy zarabiała Marta. A że była próżna, drażniła swymi prezentami skromne koleżanki. Przychodziła ciągle w jakichś nowych ciuchach, wszystkim się chwaliła. I gdy kiedyś chwaliła się na przerwie, przy kawie, jaką ma kurteczkę, jedna z nich nie wytrzymała i wprost wypaliła: -kurtkę masz za dupę? Nie, nie, nie, do pasa – odparła jej Marta.
Łatwo było wrzucić Martę do worka z dziwkami, lecz puszcza się prawie każdy, by cel swój osiągnąć. A to lepszą pensję, a to stanowisko, będąc przy okazji zakłamaną szmatą. Zresztą przyznać muszę, że sam się puszczałem, choć na tyle głupio, że zawsze za darmo i dla przyjemności. No może raz, za plakat. Góra dwa, bo kiedyś też dostałem za to dużą paczkę chipsów. A było to tak: - weź te chipsy, bo ja naprawdę tego nie jem. A, że było po randce, był sex i jeszcze chipsy, to było puszczalstwo, choć do dziś mi głupio. Bo patrząc na Martę i jej koleżanki, ona ma mieszkanie, one lepszą pracę, a ja mam jedynie do spłacania raty.
Za upojną noc dostała piżamkę, za kolejne dwie jakieś tam kolczyki, od innego laptopa, był też taki jeden, co kupił jej zmywarkę. Wszyscy dookoła mieli ją za głupią, ale koleżanki ciut jej zazdrościły, a to nowych butów, to nowego płaszcza. Każdy coś podejrzewał, choć nikt nie miał dowodów, w jaki sposób na luksusy zarabiała Marta. A że była próżna, drażniła swymi prezentami skromne koleżanki. Przychodziła ciągle w jakichś nowych ciuchach, wszystkim się chwaliła. I gdy kiedyś chwaliła się na przerwie, przy kawie, jaką ma kurteczkę, jedna z nich nie wytrzymała i wprost wypaliła: -kurtkę masz za dupę? Nie, nie, nie, do pasa – odparła jej Marta.
Łatwo było wrzucić Martę do worka z dziwkami, lecz puszcza się prawie każdy, by cel swój osiągnąć. A to lepszą pensję, a to stanowisko, będąc przy okazji zakłamaną szmatą. Zresztą przyznać muszę, że sam się puszczałem, choć na tyle głupio, że zawsze za darmo i dla przyjemności. No może raz, za plakat. Góra dwa, bo kiedyś też dostałem za to dużą paczkę chipsów. A było to tak: - weź te chipsy, bo ja naprawdę tego nie jem. A, że było po randce, był sex i jeszcze chipsy, to było puszczalstwo, choć do dziś mi głupio. Bo patrząc na Martę i jej koleżanki, ona ma mieszkanie, one lepszą pracę, a ja mam jedynie do spłacania raty.
poniedziałek, 11 listopada 2013
sposób na kichanie
To jest dopiero kumulacja. Jak w kawale jakimś, bo coś takiego w życiu to się rzadko zdarza. Zaczynał się długi weekend i plany były fajne, przynajmniej do chwili, zanim mnie dopadło cholerne przeziębienie. Prawdziwy mężczyzna nie choruje, prawdziwy mężczyzna umiera. Tak mówią kobiety. A ja mam kolejny dowód na to, że mam coś z kobiety, bo funkcjonuję jak codzień i się nie użalam. Nie jęczę wniebogłosy, nie pociągam głośno nosem, nie wykonuję też żadnych teatralnych gestów. Może to dlatego, że mieszkam sam od lat i nie mam dla kogo. W zasadzie, gdy pomyślę, to miałem tak od dziecka. Co innego mój ojciec. Gdy tylko się przeziębił, zalegał jak kłoda, głośno stękał, głośno smarkał i obwieszczał światu, że pewnie umiera.
Nie to co ja. Siedzę sobie w domu i nie mam zamiaru, by ktoś się pałętał i suszył mi głowę. Zrobiłem zapasy, zakupiłem leki, próbuję też różnych domowych sposobów. Mam zapchany nochal, kicham jak cholera, a poza tym więcej nic mi nie dolega. I pewnie bym to przeżył, gdyby nie moja wiara, że potrafię sobie ugotować obiad, choć na co dzień umiem tylko smażyć jajka ;). Wiara czyni cuda i tak jest zazwyczaj, choć nie w tym przypadku, co się objawiło bulgotaniem w brzuchu, chwilę po obiedzie. Zaczęło się niewinnie, ale z każdą chwilą było coraz gorzej. Wprost nie nadążałem biec do toalety. No krew mnie chciała zalać, pieprzona biegunka. Zwijałem się z bólu, leżąc na kanapie, choć plus był tego taki, że przestałem kichać.
Nie to co ja. Siedzę sobie w domu i nie mam zamiaru, by ktoś się pałętał i suszył mi głowę. Zrobiłem zapasy, zakupiłem leki, próbuję też różnych domowych sposobów. Mam zapchany nochal, kicham jak cholera, a poza tym więcej nic mi nie dolega. I pewnie bym to przeżył, gdyby nie moja wiara, że potrafię sobie ugotować obiad, choć na co dzień umiem tylko smażyć jajka ;). Wiara czyni cuda i tak jest zazwyczaj, choć nie w tym przypadku, co się objawiło bulgotaniem w brzuchu, chwilę po obiedzie. Zaczęło się niewinnie, ale z każdą chwilą było coraz gorzej. Wprost nie nadążałem biec do toalety. No krew mnie chciała zalać, pieprzona biegunka. Zwijałem się z bólu, leżąc na kanapie, choć plus był tego taki, że przestałem kichać.
niedziela, 10 listopada 2013
gumy, whisky i extasy z plecaka przedszkolaka
No to wtopił Jarosław z tym swoim romansem. Jako głowa rodziny, przykładny mąż i ojciec dwóch nieletnich synów, ukrywał swoje wyskoki bardzo skrupulatnie i dotychczas nieźle mu to wychodziło. Pracował bardzo dużo, wciąż jeździł po kraju i w każdym jego zakątku miał na boku laskę. Jak marynarz prawie, z tą różnicą tylko, że statkiem nie pływał, bo gdy pływał to rzygał. No i wracał po każdej delegacji do własnego domu, w którym czekali na niego synowie i żona. Ona zakochana, zapatrzona w niego jak w święty obrazek, ufała mu bezgranicznie niczego nieświadoma, oni zaś szczęśliwi, bo bardzo lubili, kiedy w domu byli mama oraz tata. I trwałoby to jeszcze całe długie lata, gdyby nie przypadek, jak to zwykle bywa. Gdy wrócił Jarosław z którejś delegacji, po upojnej randce, spędzonej w Lublinie.
Wrócił bardzo późno i z nóg nieco padał, bo poszalał trochę i był ciut zmęczony. Wtoczył się do domu, rozebrał do naga i wśliznął do wyra, by nie budzić żony. Gdy się ocknął rano, to się okazało, że żona jest chora i wstać z łóżka nie może. Więc zrobił jej Jarosław gorącą herbatę, dał śniadanie synom i tego starszego wyprawił do szkoły. Młodszy też nie lubił wstawać wcześnie rano, zasypiał przy stole, na nogach się słaniał, więc tata spakował dla niego plecaczek, wsadził go na plecy i zaniósł do auta, wrzucając uprzednio plecaczek do kombi. Zaspany był dzieciak, zaspany był ojciec, ale jakoś w końcu do przedszkola dotarli.
Obudził małego, wypiął z fotelika, otworzył bagażnik i zabrał plecaczek. Odprowadził do drzwi, no i się pożegnał, zostawiając malca pod opieką Pani. Spieszyło mu się bardzo, bo się zorientował, że w tym zamieszaniu nie zabrał komórki. Wszystko z niewyspania, bo na co dzień nie był przecież roztargniony, panował nad wszystkim i się nie stresował, ukrywając pilnie te swoje romanse. Lecz jednego tylko jakoś nie przewidział. Że padnie na niego, by odstawić dziecko, no i przy okazji pomyli plecaczki. Nim się zorientował, nim ominął korki i wpadł do przedszkola cały zasapany, zauważył żonę, która już z daleka machała pięściami, wykrzykując głośno obraźliwe słowa.
Bo gdy przedszkolanka zabrała małego i chciała mu pomóc przy przebraniu w szatni, to z plecaczka wypadł cały zapas gumek. Gdy zaczęła szperać, to znalazła jeszcze woreczek z extasy, a upuszczając z wrażenia resztę ekwipunku, rozbiła na podłodze butelczynę whisky. I postanowiła zadzwonić do żony, bo zgłupiała nieco i takiej sytuacji w całej swej karierze dotychczas nie miała. Mały pojęcia nie miał, co się wokół dzieje, siedział na ławeczce, machając w powietrzu bosymi stópkami, obserwował kłótnię wielkimi oczami. Jaro był spalony, bo romans się wydał. Lecz gdy żona zapytała, czy z innymi sypiał, to ten z ręką na sercu prawdę jej powiedział, że z żadną nie sypiał, bo za każdym razem, z każdej delegacji, wracał do ich domu, do wspólnej sypialni.
Wrócił bardzo późno i z nóg nieco padał, bo poszalał trochę i był ciut zmęczony. Wtoczył się do domu, rozebrał do naga i wśliznął do wyra, by nie budzić żony. Gdy się ocknął rano, to się okazało, że żona jest chora i wstać z łóżka nie może. Więc zrobił jej Jarosław gorącą herbatę, dał śniadanie synom i tego starszego wyprawił do szkoły. Młodszy też nie lubił wstawać wcześnie rano, zasypiał przy stole, na nogach się słaniał, więc tata spakował dla niego plecaczek, wsadził go na plecy i zaniósł do auta, wrzucając uprzednio plecaczek do kombi. Zaspany był dzieciak, zaspany był ojciec, ale jakoś w końcu do przedszkola dotarli.
Obudził małego, wypiął z fotelika, otworzył bagażnik i zabrał plecaczek. Odprowadził do drzwi, no i się pożegnał, zostawiając malca pod opieką Pani. Spieszyło mu się bardzo, bo się zorientował, że w tym zamieszaniu nie zabrał komórki. Wszystko z niewyspania, bo na co dzień nie był przecież roztargniony, panował nad wszystkim i się nie stresował, ukrywając pilnie te swoje romanse. Lecz jednego tylko jakoś nie przewidział. Że padnie na niego, by odstawić dziecko, no i przy okazji pomyli plecaczki. Nim się zorientował, nim ominął korki i wpadł do przedszkola cały zasapany, zauważył żonę, która już z daleka machała pięściami, wykrzykując głośno obraźliwe słowa.
Bo gdy przedszkolanka zabrała małego i chciała mu pomóc przy przebraniu w szatni, to z plecaczka wypadł cały zapas gumek. Gdy zaczęła szperać, to znalazła jeszcze woreczek z extasy, a upuszczając z wrażenia resztę ekwipunku, rozbiła na podłodze butelczynę whisky. I postanowiła zadzwonić do żony, bo zgłupiała nieco i takiej sytuacji w całej swej karierze dotychczas nie miała. Mały pojęcia nie miał, co się wokół dzieje, siedział na ławeczce, machając w powietrzu bosymi stópkami, obserwował kłótnię wielkimi oczami. Jaro był spalony, bo romans się wydał. Lecz gdy żona zapytała, czy z innymi sypiał, to ten z ręką na sercu prawdę jej powiedział, że z żadną nie sypiał, bo za każdym razem, z każdej delegacji, wracał do ich domu, do wspólnej sypialni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
