No więc byliśmy w sobotę na imprezie. Z Fiutkową. Już tak niewiele brakowało, by ładniej się nazywała. Dokładnie dwa dni, bo dokładnie tyle dni przed ślubem wyszło na jaw, że narzeczony przyprawił jej rogi.
A wydało się, jak zwykle, przypadkowo. Fiutek wchodziła akurat do kościoła, żeby zrobić ostatnie ustalenia w sprawie dekoracji i o coś zahaczyła. I nie chodzi wcale o to, że zahaczyła rogami o zwieńczenie bramy. Fiutek była harda i chodziła zawsze z wysoko podniesioną głową, więc wchodząc do kościoła potknęła się o klęczącego tuż przy wejściu przyjaciela swojego narzeczonego, który żarliwie się modlił. Zdziwiła się nieco, bo gość raczej od kościoła stronił. Nie zważając na miejsce i na jego modły, zagadnęła go „niechcący” o ich kawalerskie. Gość się nieco speszył i trochę wykręcał, więc Fiutkowa mocniej przyparła go do muru. Może niepotrzebnie. Świdrowała go przy okazji tymi wielkimi oczami, marszcząc przy tym brwi, aż chłopak nie wytrzymał no i się wygadał. I zanim się zorientował, Fiutkowa siedziała już w swoim maluchu, pędząc do narzeczonego. Co się działo później, można sobie wyobrazić. Wszystkim nam jej szkoda… Bo do dziś nazywa się Fiutek.
Przyjęcie weselne miało być huczne, ale bardziej huczne było jego odwołanie. Huczało w rodzinie, huczało wśród koleżanek oraz wśród sąsiadów. A najbardziej w ZUS-ie, gdzie Fiutek pracowała. Przez kolejny tydzień karmiła koleżanki tym, co jej zostało z wesela, którego nie było i czego goście nie zjedli na wtorkowej stypie. Aaa. Stypa.
Bo kiedy tak pędziła Fiutkowa maluchem, by rozprawić się z narzeczonym, nie wyhamowała tuż pod jego klatką. No i uderzyła w drzwi wejściowe w chwili, gdy ten akurat wychodził, na ostatnią przymiarkę ślubnego garnituru. Przymiarka się nie odbyła, lecz garniak się nadał. Na ostatnią drogę.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
poniedziałek, 14 października 2013
piątek, 11 października 2013
o pięcioletnich lafiryndach i przesądnym pedofilu
Przeciętny gwałciciel ma pięć lat z okładem i przeważnie pochodzi z rozbitej rodziny. No i gwałci księży. Ci się opierają, lecz nie mają szans w tej nierównej walce. No cóż. Czasy się pozmieniały. Gwałciciele również. Opętane przez Hello Kitty (kto do cholery wie, co to za kapela?) sieją zgorszenie od Polski po Dominikanę. I nikt im nic nie zrobi.
Jak świat światem, lafiryndy stały na Bankowej, dzisiaj urzędują w co drugim przedszkolu. Zresztą jak przez mgłę pamiętam, teraz do mnie dotarło. Kiedy byłem chłopcem, wśród naszych kolegów z bloku też był jeden gwałciciel. Zadawał się z Marianem, pięćdziesięcioletnim kawalerem z sąsiedniego bloku. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to jest gwałciciel. Marian chyba też nie, bo sam mu kupował Lego i słodycze. Wszyscy temu koledze zazdrościli. W końcu taki kumpel to był skarb nad skarby. Nasz kolega często go odwiedzał i zawsze wychodził z drogimi prezentami. O Marianie sąsiedzi mówili, że jest dziwny. I przesądny. Nie do końca wiedziałem, co to słowo znaczy. Nie wiedział też tego nasz kolega z bloku, ale nie zdążył zapytać, bo Marian go rzucił w dniu trzynastych urodzin.
Marian prócz przesądów, miał też życiowego pecha, bo ledwo się wyswobodził, to znalazł się kolejny. Z ręka na sercu, to znalazł go sobie Marian. Dawał mu zabawki i karmił cukierkami. Nie wiem, jak się to skończyło i czy gwałty były, bo chłopaczek dostał niebawem cukrzycy.
Jak świat światem, lafiryndy stały na Bankowej, dzisiaj urzędują w co drugim przedszkolu. Zresztą jak przez mgłę pamiętam, teraz do mnie dotarło. Kiedy byłem chłopcem, wśród naszych kolegów z bloku też był jeden gwałciciel. Zadawał się z Marianem, pięćdziesięcioletnim kawalerem z sąsiedniego bloku. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to jest gwałciciel. Marian chyba też nie, bo sam mu kupował Lego i słodycze. Wszyscy temu koledze zazdrościli. W końcu taki kumpel to był skarb nad skarby. Nasz kolega często go odwiedzał i zawsze wychodził z drogimi prezentami. O Marianie sąsiedzi mówili, że jest dziwny. I przesądny. Nie do końca wiedziałem, co to słowo znaczy. Nie wiedział też tego nasz kolega z bloku, ale nie zdążył zapytać, bo Marian go rzucił w dniu trzynastych urodzin.
Marian prócz przesądów, miał też życiowego pecha, bo ledwo się wyswobodził, to znalazł się kolejny. Z ręka na sercu, to znalazł go sobie Marian. Dawał mu zabawki i karmił cukierkami. Nie wiem, jak się to skończyło i czy gwałty były, bo chłopaczek dostał niebawem cukrzycy.
czwartek, 10 października 2013
gay is ok
Jestem teraz tego pewien na sto procent. Alkohol szkodzi zdrowiu. Albo to my do ku*wy nędzy nie możemy pić. To znaczy ja i Malik. Razem. Bo z tego zawsze są kłopoty.
Wybraliśmy się wczoraj we dwóch na rynek, na bro. Poszwendaliśmy się trochę, bo pogoda była ładna i weszliśmy do knajpy. Pierwszej lepszej z brzegu, takiej z neonami. Knajpa nazywała się „Pink Angels”, ale jako że my z Malikiem nie znamy angielskiego, to nie zrozumieliśmy, że chodzi o różowe anioły. Zresztą i tak byśmy nie skojarzyli, bo jesteśmy tępi. Ale się lubimy i dobrze nam razem. Więc klapnęliśmy na wygodnej kanapie, zajmując się sobą. Znaczy się rozmową. Knajpa była całkiem niezła, choć jak na mój gust za dużo w niej pluszu. Wszystko w niej było misiowe, różowo-fioletowe. Na sofie obok siedziały dwie panny i raz na jakiś czas na nas zerkały, komentując coś między sobą. Kiedy się zorientowaliśmy, to zaczęliśmy się prężyć oraz wciągać brzuchy. Wpadliśmy im w oko jak nic. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnąłem się do jednej, a wtedy te lafiryndy spojrzały na nas pogardliwie i odwróciły się plecami. Głupie krowy. Zresztą i tak psu na budę podrywanie lasek. W końcu przyszliśmy na browca.
No i tak po którymś piwku rozluźniliśmy się całkiem. I właśnie wtedy zobaczyliśmy tych dwóch całujących się kolesi. Jako, że z Malikiem, zanim się ożenił, w niejedną sytuację się wpakowaliśmy, nie zrobiło to na nas specjalnego wrażenia. Do dziś trzymamy w tajemnicy to, co działo się w Amsterdamie. Co więcej, obydwaj jesteśmy zgodni i popieramy związki partnerskie. Choć bez prawa adopcji. Nie wiem, co nas wzięło, ale poczuliśmy, że musimy się z nimi podzielić naszymi przemyśleniami i udzielić im poparcia. Więc klepnął Malik w plery jednego kolesia, mówiąc bez ogródek: - Eee chłopaki, jestem z wami. Wy geje musicie mieć swoje prawa. I wtedy dostał w mordę. Agata, jak się później okazało, szarpała go za szmaty i za resztę włosów. Biedny był ten Malik. Trzeba mieć ku*wa pecha, by się tak pomylić. Logika mi podpowiadała, że to jednak nie są geje i ten drugi będzie jej facetem. Więc grzecznie mówię: - Stary, weź powstrzymaj laskę. Ona go zabije. I dostałem w mordę. Magda, jak się później okazało, szarpała mnie za szmaty i za moje włosy. No przysięgam szczerze. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło nam się, że nas zlały baby. Co prawda zwaliste, ale jednak baby. Od tego momentu wiemy już z Malikiem, by patrzeć na biodra, a zdradził nam ten sekret kolega Malika. Jak się jest w gej klubie i coś jest szersze w biodrach aniżeli w barach, to napewno baba. Choć przyjebać może jak rasowy facet.
Wybraliśmy się wczoraj we dwóch na rynek, na bro. Poszwendaliśmy się trochę, bo pogoda była ładna i weszliśmy do knajpy. Pierwszej lepszej z brzegu, takiej z neonami. Knajpa nazywała się „Pink Angels”, ale jako że my z Malikiem nie znamy angielskiego, to nie zrozumieliśmy, że chodzi o różowe anioły. Zresztą i tak byśmy nie skojarzyli, bo jesteśmy tępi. Ale się lubimy i dobrze nam razem. Więc klapnęliśmy na wygodnej kanapie, zajmując się sobą. Znaczy się rozmową. Knajpa była całkiem niezła, choć jak na mój gust za dużo w niej pluszu. Wszystko w niej było misiowe, różowo-fioletowe. Na sofie obok siedziały dwie panny i raz na jakiś czas na nas zerkały, komentując coś między sobą. Kiedy się zorientowaliśmy, to zaczęliśmy się prężyć oraz wciągać brzuchy. Wpadliśmy im w oko jak nic. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnąłem się do jednej, a wtedy te lafiryndy spojrzały na nas pogardliwie i odwróciły się plecami. Głupie krowy. Zresztą i tak psu na budę podrywanie lasek. W końcu przyszliśmy na browca.
No i tak po którymś piwku rozluźniliśmy się całkiem. I właśnie wtedy zobaczyliśmy tych dwóch całujących się kolesi. Jako, że z Malikiem, zanim się ożenił, w niejedną sytuację się wpakowaliśmy, nie zrobiło to na nas specjalnego wrażenia. Do dziś trzymamy w tajemnicy to, co działo się w Amsterdamie. Co więcej, obydwaj jesteśmy zgodni i popieramy związki partnerskie. Choć bez prawa adopcji. Nie wiem, co nas wzięło, ale poczuliśmy, że musimy się z nimi podzielić naszymi przemyśleniami i udzielić im poparcia. Więc klepnął Malik w plery jednego kolesia, mówiąc bez ogródek: - Eee chłopaki, jestem z wami. Wy geje musicie mieć swoje prawa. I wtedy dostał w mordę. Agata, jak się później okazało, szarpała go za szmaty i za resztę włosów. Biedny był ten Malik. Trzeba mieć ku*wa pecha, by się tak pomylić. Logika mi podpowiadała, że to jednak nie są geje i ten drugi będzie jej facetem. Więc grzecznie mówię: - Stary, weź powstrzymaj laskę. Ona go zabije. I dostałem w mordę. Magda, jak się później okazało, szarpała mnie za szmaty i za moje włosy. No przysięgam szczerze. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło nam się, że nas zlały baby. Co prawda zwaliste, ale jednak baby. Od tego momentu wiemy już z Malikiem, by patrzeć na biodra, a zdradził nam ten sekret kolega Malika. Jak się jest w gej klubie i coś jest szersze w biodrach aniżeli w barach, to napewno baba. Choć przyjebać może jak rasowy facet.
poniedziałek, 7 października 2013
pick your pupil's kupka up czyli it's not easy being cheesy
Asia od dziesięciu lat z okładem jeździła na wózku. Po tragicznym w skutkach wypadku, spowodowanym przez pijanego kierowcę. Ta jedna sekunda zmieniła życie Asi, a właściwie przewróciła je kompletnie do góry nogami. Pełna werwy biegaczka miejscowego klubu sportowego, z dnia na dzień, została przykuta do łóżka. A właściwie wózka. Siła charakteru Asi była jednak wielka. Więc walczyła o siebie i z przeciwnościami losu. Jeździła tym wózkiem wszędzie, gdzie się dało, wprawiając go w ruch siłą swoich dłoni.
Optymizmu Asi wystarczyłoby dla wielu. Wszyscy ją uwielbiali. Filigranową kobietkę z dużymi oczami, z burzą złotych loków. Roztaczała wokół siebie przyjacielską aurę. Nawet w pochmurne dni, wszędzie tam, gdzie się pojawiała, rozbłyskało słońce. Dla każdego zawsze miała dobre słowo, do wszystkich się uśmiechała. Wielu się dziwiło i nie rozumiało, jak po takich doświadczeniach, stać ją było na to. Bo tak, jak mówiłem, zawsze się uśmiechała, nawet wtedy, gdy wprawiając w ruch wózek swoimi rękami, poruszała się choćby po nierównym chodniku. I nawet wtedy uśmiech nie schodził z jej twarzy. Przynajmniej do momentu, gdy pewnego razu, jadąc wózkiem, poczuła na dłoni coś ciepłego. Niewątpliwie Asia wjechała prawym kółkiem w gówno.
Sprzątajcie więc po pieskach cholerni syfiarze. Obleśne brudasy i bezmyślne łajzy. Ignoranci!!
Optymizmu Asi wystarczyłoby dla wielu. Wszyscy ją uwielbiali. Filigranową kobietkę z dużymi oczami, z burzą złotych loków. Roztaczała wokół siebie przyjacielską aurę. Nawet w pochmurne dni, wszędzie tam, gdzie się pojawiała, rozbłyskało słońce. Dla każdego zawsze miała dobre słowo, do wszystkich się uśmiechała. Wielu się dziwiło i nie rozumiało, jak po takich doświadczeniach, stać ją było na to. Bo tak, jak mówiłem, zawsze się uśmiechała, nawet wtedy, gdy wprawiając w ruch wózek swoimi rękami, poruszała się choćby po nierównym chodniku. I nawet wtedy uśmiech nie schodził z jej twarzy. Przynajmniej do momentu, gdy pewnego razu, jadąc wózkiem, poczuła na dłoni coś ciepłego. Niewątpliwie Asia wjechała prawym kółkiem w gówno.
Sprzątajcie więc po pieskach cholerni syfiarze. Obleśne brudasy i bezmyślne łajzy. Ignoranci!!
czwartek, 3 października 2013
zasrana marihuana
część I tutaj... click
część II tu... click
A mianowicie trawa. Trawa, trawa, trawa. Wszędzie mnóstwo trawy. Siostry postanowiły założyć plantację konopi. Nie na wielką skalę, lecz na taką małą, by dorobić do zasiłku i tego, co ze złomu. By nie mieć daleko, uprawiały ją przy lesie, koło swojej kamienicy, na lewo od bagna, tuż koło wysypiska śmieci. Narobiły się przy tym, jak jasna cholera, po raz pierwszy w życiu. No i kiedy zaczęły widzieć już pierwsze efekty, dzieci od sąsiadów podpaliły lasek. Cholerne, małe gnoje.
Paliło się jak cholera, jak stodoła z sianem, albo jeszcze gorzej. Pojawiła się policja oraz straż pożarna. Gęsty, gryzący dym wdzierał się dosłownie wszędzie, również w każdy zakamarek walącej się kamienicy. I zrobiło się wesoło. Przynajmniej na początku. Wielka łuna ognia ściągnęła na miejsce spore zbiegowisko. No i się zaczęło. Od niedźwiedzia, gdy wyjechał z lasu na różowym rowerze. Grizelda przecierała oczy ze zdumienia. Kiedy niedźwiedź podszedł do niej bliżej, to zauważyła, że to całkiem fajny facet. Dokładnie taki, o jakim marzyła, trochę Brada Pitta, a trochę Wałęsy. Wielki, umięśniony z bardzo niskim głosem. Połechtał ją po twarzy swoimi wąsami, zabrał ją na ramę i wywiózł do lasu, z którego chwilę później zaczęły dochodzić tylko głośne jęki.
Gracjela za to patrzyła z podziwem na dzieci od sąsiadów, które wspinały się na drzewa, odbijały od najwyższych gałęzi i latały w powietrzu, dzwoniąc złotymi dzwoneczkami, zataczając cudne kółka nad polaną, niczym mewy nad wysypiskiem śmieci. Też tak zawsze chciała. Zamachała rękami i uniosła się nad ziemią. Widziała gdzieś tam w dole całą ekipę strażaków, porozbieranych do naga, którzy tańczyli w rytm afrykańskiej muzyki, wykrzykując jej imię. Gracjela-ela-ela-ho, Gracjela-ela-ela-ho – dochodziło do niej z dołu. Słyszała też tam-tamy. To małe zajączki, w niby pióropuszach z liści kasztanowca wybijały ten rytm. Jakie one były cudne. Pomachała do nich z góry, a z jej rąk posypał się złoty pyłek, który zamienił pogorzelisko w piękną, kwietną łąkę. Cudowne, kolorowe i ogromne kwiaty, wystrzeliwały w górę, a na jednym takim siedział śliczny książę, z całkiem dużym ch…. Ach, jakie to było cudowne.
I kiedy tak latała sobie Gracjela z dziećmi od sąsiadów, ujrzała na horyzoncie dwa pterodaktyle. Ujrzeli je też policjanci i zaczęli strzelać, schowani za radiowozem. Dzieci z piskiem zaczęły uciekać, spojrzały na Gracjelę, na jej długie blond włosy i ogromne białe skrzydła i wiedziały już, że schowane pod nimi będą mogły czuć się bezpiecznie. Zgromadzeni wokół gapie również uciekali. Nowakowa spod siódemki biegała jak sarna. Zresztą to była sarna z twarzą Nowakowej. I widzieli to wszyscy, każdy mógłby przysiąc. Pterodaktyl już ją chwytał w szpony, ale wtedy sąsiad spod dziewiątki zamienił się w Godżillę i dzielnie stawił czoła temu potworowi, łapiąc go za skrzydła, łamiąc dziób i nogi. Drugiemu nie zdążył, bo ten wyciągnął zaraz dużą, białą flagę i nią wymachiwał, by się nie narazić. Za chwilę z tobołka wyciągnął whiskacza i dał łyk Godżilli. Tuż po tym zdarzeniu wyszedł z lasu samochód policyjny. Jak na transformersa, trochę był strachliwy. Wracający z kryjówek w lesie gapie przyprowadzili ze sobą góralską kapelę. Ci zaś przygrywając na skrzypeczkach i kobzie, postawili wszystkim butelkę gorzały. Popijali wszyscy, łącznie z zajączkami. Wszystkim pić się chciało, a kiedy zgłodnieli, tęcza na niebie się rozstąpiła i sypnęło manną. I spadały ryby.. I nastała ciemność.
Kiedy trzy dni później wszyscy się ocknęli, zobaczyli krajobraz, jak po jakiejś bitwie. Dzieci od sąsiadów leżały pod drzewami, z główkami wbitymi w piach, jak strusie. Sąsiad spod dziewiątki taszczył pana Ryśka, bo ten nie wiedzieć czemu, miał złamane nogi. Nowakowa spod siódemki z przestrzelonym tyłkiem leżała na brzuchu pojękując cicho. Pan Leon, gdy się ocknął, ze spodniami spuszczonymi do kolan, kątem oka dojrzał pijaczka Heńka, dopinającego spodnie z wyrazem zakłopotania. Nie mniej zakłopotane były nastolenie córki Leona. Nie było kapeli, nie było gorzały. I Grizeldy nie było. Znaleźli ją po tygodniu w głębi tego lasu, ze spódnicą podciągniętą aż na głowę. Nic nie pamiętała, poza jednym, że było jej dobrze z tym jej ideałem. Choć trochę zdziwiona, że facet ani na chwilę nie zdjął z siebie futra.
Plan sióstr znowu nie wypalił… albo i wypalił, chociaż było dziwnie..
część II tu... click
A mianowicie trawa. Trawa, trawa, trawa. Wszędzie mnóstwo trawy. Siostry postanowiły założyć plantację konopi. Nie na wielką skalę, lecz na taką małą, by dorobić do zasiłku i tego, co ze złomu. By nie mieć daleko, uprawiały ją przy lesie, koło swojej kamienicy, na lewo od bagna, tuż koło wysypiska śmieci. Narobiły się przy tym, jak jasna cholera, po raz pierwszy w życiu. No i kiedy zaczęły widzieć już pierwsze efekty, dzieci od sąsiadów podpaliły lasek. Cholerne, małe gnoje.
Paliło się jak cholera, jak stodoła z sianem, albo jeszcze gorzej. Pojawiła się policja oraz straż pożarna. Gęsty, gryzący dym wdzierał się dosłownie wszędzie, również w każdy zakamarek walącej się kamienicy. I zrobiło się wesoło. Przynajmniej na początku. Wielka łuna ognia ściągnęła na miejsce spore zbiegowisko. No i się zaczęło. Od niedźwiedzia, gdy wyjechał z lasu na różowym rowerze. Grizelda przecierała oczy ze zdumienia. Kiedy niedźwiedź podszedł do niej bliżej, to zauważyła, że to całkiem fajny facet. Dokładnie taki, o jakim marzyła, trochę Brada Pitta, a trochę Wałęsy. Wielki, umięśniony z bardzo niskim głosem. Połechtał ją po twarzy swoimi wąsami, zabrał ją na ramę i wywiózł do lasu, z którego chwilę później zaczęły dochodzić tylko głośne jęki.
Gracjela za to patrzyła z podziwem na dzieci od sąsiadów, które wspinały się na drzewa, odbijały od najwyższych gałęzi i latały w powietrzu, dzwoniąc złotymi dzwoneczkami, zataczając cudne kółka nad polaną, niczym mewy nad wysypiskiem śmieci. Też tak zawsze chciała. Zamachała rękami i uniosła się nad ziemią. Widziała gdzieś tam w dole całą ekipę strażaków, porozbieranych do naga, którzy tańczyli w rytm afrykańskiej muzyki, wykrzykując jej imię. Gracjela-ela-ela-ho, Gracjela-ela-ela-ho – dochodziło do niej z dołu. Słyszała też tam-tamy. To małe zajączki, w niby pióropuszach z liści kasztanowca wybijały ten rytm. Jakie one były cudne. Pomachała do nich z góry, a z jej rąk posypał się złoty pyłek, który zamienił pogorzelisko w piękną, kwietną łąkę. Cudowne, kolorowe i ogromne kwiaty, wystrzeliwały w górę, a na jednym takim siedział śliczny książę, z całkiem dużym ch…. Ach, jakie to było cudowne.
I kiedy tak latała sobie Gracjela z dziećmi od sąsiadów, ujrzała na horyzoncie dwa pterodaktyle. Ujrzeli je też policjanci i zaczęli strzelać, schowani za radiowozem. Dzieci z piskiem zaczęły uciekać, spojrzały na Gracjelę, na jej długie blond włosy i ogromne białe skrzydła i wiedziały już, że schowane pod nimi będą mogły czuć się bezpiecznie. Zgromadzeni wokół gapie również uciekali. Nowakowa spod siódemki biegała jak sarna. Zresztą to była sarna z twarzą Nowakowej. I widzieli to wszyscy, każdy mógłby przysiąc. Pterodaktyl już ją chwytał w szpony, ale wtedy sąsiad spod dziewiątki zamienił się w Godżillę i dzielnie stawił czoła temu potworowi, łapiąc go za skrzydła, łamiąc dziób i nogi. Drugiemu nie zdążył, bo ten wyciągnął zaraz dużą, białą flagę i nią wymachiwał, by się nie narazić. Za chwilę z tobołka wyciągnął whiskacza i dał łyk Godżilli. Tuż po tym zdarzeniu wyszedł z lasu samochód policyjny. Jak na transformersa, trochę był strachliwy. Wracający z kryjówek w lesie gapie przyprowadzili ze sobą góralską kapelę. Ci zaś przygrywając na skrzypeczkach i kobzie, postawili wszystkim butelkę gorzały. Popijali wszyscy, łącznie z zajączkami. Wszystkim pić się chciało, a kiedy zgłodnieli, tęcza na niebie się rozstąpiła i sypnęło manną. I spadały ryby.. I nastała ciemność.
Kiedy trzy dni później wszyscy się ocknęli, zobaczyli krajobraz, jak po jakiejś bitwie. Dzieci od sąsiadów leżały pod drzewami, z główkami wbitymi w piach, jak strusie. Sąsiad spod dziewiątki taszczył pana Ryśka, bo ten nie wiedzieć czemu, miał złamane nogi. Nowakowa spod siódemki z przestrzelonym tyłkiem leżała na brzuchu pojękując cicho. Pan Leon, gdy się ocknął, ze spodniami spuszczonymi do kolan, kątem oka dojrzał pijaczka Heńka, dopinającego spodnie z wyrazem zakłopotania. Nie mniej zakłopotane były nastolenie córki Leona. Nie było kapeli, nie było gorzały. I Grizeldy nie było. Znaleźli ją po tygodniu w głębi tego lasu, ze spódnicą podciągniętą aż na głowę. Nic nie pamiętała, poza jednym, że było jej dobrze z tym jej ideałem. Choć trochę zdziwiona, że facet ani na chwilę nie zdjął z siebie futra.
Plan sióstr znowu nie wypalił… albo i wypalił, chociaż było dziwnie..
środa, 2 października 2013
żona bigosem doprawiona
część I tu... click
część II tu... click
część III tu... click
część IV tu... click
Malik i jego żona prezentowali się wyjątkowo. Można by rzec, że osobliwie, żeby nie powiedzieć, w pytkę. On, z ranami ciętymi na twarzy i w spalonym garniturze, ona w potarganej kiecce i ze strąkami na głowie. Obydwoje doprawieni bigosem i barszczem, które zrzuciła na nich Malikowa, w momencie, gdy spadała na podłogę. Wesele jednak zaliczyć można było do udanych. Wszyscy bawili się doskonale. Poza młodą parą. Można było założyć się w ciemno, że nikt nigdy, na żadnym weselu, nie zrobił takich fotek.
My już dawno przestaliśmy się przejmować. Wzięliśmy butelkę wódki, Miriam trzy kolejne i poszliśmy na taras. Cholera, skończyły nam się fajki. Zostały jedynie takie holenderskie. I gdy postanowiliśmy się całkiem odstresować, pojawił się Malik, by sobie zapalić. Spławilibyśmy go szybko, ale wtedy Gołąb kopsnął Malikowi śluga i jeszcze odpalił. – Jak się bawić, to się bawić – powiedział. A taki był dotychczas spokojny. Spojrzeliśmy z Mireczkiem na siebie i właściwie nie wiedzieliśmy, czy coś by nas było jeszcze w stanie zaskoczyć. Wzruszyliśmy tylko ramionami i też zajaraliśmy.
Można się było spodziewać, że Malikowi walnie. I walnęło. Nigdy wcześniej żaden z nas tak nie zareagował. Było śmiesznie, było smutno, to się jadło, to się piło. Ale do cholery nikt nie zaczął latać. Żeby nie było, Malik też nie, choć mu się wydawało i skoczył z tarasu, wprost na klomb z różami. Wyplątał się z tych krzewów cały ubłocony akurat wtedy, gdy zaczęli go szukać. Bo to była północ i czas na oczepiny. Jak ja nienawidziłem tych weselnych zabaw. To znaczy zazwyczaj, bo tym razem spodziewałem się widowiska po wszystkim tym, co tego dnia widziałem. No i się nie pomyliłem. Bo kiedy druhny zaczynały bronić welonu panny młodej, Malik dorwał pierwszą z brzegu i powalił na podłogę, drugiej podciął nogi, a trzeciej wykręcił ręce. Uwinął się z nimi w ciągu paru sekund. Panna młoda wstała i patrzyła na to wszystko z przerażeniem w oczach. Tak, jak reszta gości. W końcu mu wytłumaczyli, że to była zabawa.
Kiedy wszyscy wyszli na taras, by puścić lampiony, Malik , nie wiadomo skąd, przyniósł jakieś petardy. Zupełnie, jak w Sylwestra. No i kiedy tak odpalił jedną, ta zamiast wystrzelić, zaczęła sypać iskrami na prawo i lewo. Wystraszony Malik odrzucił ją od siebie, wprost pod nogi żony. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby panna młoda była taka skoczna. Jak ona skakała, w płonącej sukience. On stał zbaraniały i miał niezły ubaw, lecz w chwili otrzeźwiał i pchnął ją do fontanny. Tego już nie wytrzymała świeżo upieczona żona ani jej rodzina. Wzięli ją do auta, zawieźli do domu, a następnego dnia pobiegli do sądu, by złożyć papiery potrzebne do rozwodu.
część II tu... click
część III tu... click
część IV tu... click
Malik i jego żona prezentowali się wyjątkowo. Można by rzec, że osobliwie, żeby nie powiedzieć, w pytkę. On, z ranami ciętymi na twarzy i w spalonym garniturze, ona w potarganej kiecce i ze strąkami na głowie. Obydwoje doprawieni bigosem i barszczem, które zrzuciła na nich Malikowa, w momencie, gdy spadała na podłogę. Wesele jednak zaliczyć można było do udanych. Wszyscy bawili się doskonale. Poza młodą parą. Można było założyć się w ciemno, że nikt nigdy, na żadnym weselu, nie zrobił takich fotek.
My już dawno przestaliśmy się przejmować. Wzięliśmy butelkę wódki, Miriam trzy kolejne i poszliśmy na taras. Cholera, skończyły nam się fajki. Zostały jedynie takie holenderskie. I gdy postanowiliśmy się całkiem odstresować, pojawił się Malik, by sobie zapalić. Spławilibyśmy go szybko, ale wtedy Gołąb kopsnął Malikowi śluga i jeszcze odpalił. – Jak się bawić, to się bawić – powiedział. A taki był dotychczas spokojny. Spojrzeliśmy z Mireczkiem na siebie i właściwie nie wiedzieliśmy, czy coś by nas było jeszcze w stanie zaskoczyć. Wzruszyliśmy tylko ramionami i też zajaraliśmy.
Można się było spodziewać, że Malikowi walnie. I walnęło. Nigdy wcześniej żaden z nas tak nie zareagował. Było śmiesznie, było smutno, to się jadło, to się piło. Ale do cholery nikt nie zaczął latać. Żeby nie było, Malik też nie, choć mu się wydawało i skoczył z tarasu, wprost na klomb z różami. Wyplątał się z tych krzewów cały ubłocony akurat wtedy, gdy zaczęli go szukać. Bo to była północ i czas na oczepiny. Jak ja nienawidziłem tych weselnych zabaw. To znaczy zazwyczaj, bo tym razem spodziewałem się widowiska po wszystkim tym, co tego dnia widziałem. No i się nie pomyliłem. Bo kiedy druhny zaczynały bronić welonu panny młodej, Malik dorwał pierwszą z brzegu i powalił na podłogę, drugiej podciął nogi, a trzeciej wykręcił ręce. Uwinął się z nimi w ciągu paru sekund. Panna młoda wstała i patrzyła na to wszystko z przerażeniem w oczach. Tak, jak reszta gości. W końcu mu wytłumaczyli, że to była zabawa.
Kiedy wszyscy wyszli na taras, by puścić lampiony, Malik , nie wiadomo skąd, przyniósł jakieś petardy. Zupełnie, jak w Sylwestra. No i kiedy tak odpalił jedną, ta zamiast wystrzelić, zaczęła sypać iskrami na prawo i lewo. Wystraszony Malik odrzucił ją od siebie, wprost pod nogi żony. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby panna młoda była taka skoczna. Jak ona skakała, w płonącej sukience. On stał zbaraniały i miał niezły ubaw, lecz w chwili otrzeźwiał i pchnął ją do fontanny. Tego już nie wytrzymała świeżo upieczona żona ani jej rodzina. Wzięli ją do auta, zawieźli do domu, a następnego dnia pobiegli do sądu, by złożyć papiery potrzebne do rozwodu.
wtorek, 1 października 2013
Ukraina, Bytom i Australopitek
Ukraina jest jak Bytom. Szara i odrapana. I są tam dziurawe drogi. Tak dziurawe, że kiedy wpadliśmy w jedną dziurę, to wylądowaliśmy w Australii. Dokładnie to nie wiem, czy w Australii, ale gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej. I nie ściemniam.
Ludzie byli tacy trochę dziwni i chodzili na głowach, co zresztą zrozumiałe. Mieszkaniec Australii to Australopitek. To na część osadników z Europy, którzy pitnęli do Australii, w obawie przed wyrokiem. Bo to był raj dla skazańców. Australopitek jest zresztą śląskim słowem, zlepkiem aus i pitać. Aus, jest co prawda słowem niemieckim, ale w języku śląskim takich zapożyczeń jest dużo i po śląsku ten właśnie zlepek słów znaczy dokładnie „pitaj stąd”, czyli uciekaj i tak nazwano tych, co zwiali. Dlatego też w Australii jest wielu Ślązaków, ale takich nieco dziwnych. Tak dziwnych, jak Ci z Sosnowca. Tak przynajmniej mówi Lesiu. Ale on to jest pieroński Hanys ortodoksyjny i o to czasem się kłócimy. Bo ja tam do tych z Sosnowca niczego nie mam, znam za to wśród nich wielu fajnych ludzi.
Zresztą pierwszym królem Australii był pan Reinhold z Halemby, po noszymu Holdek z Halymby, ale dość szybko podporządkował się koronie brytyjskiej. Jego żona Róża (po noszymu Rołza) była zresztą pra-pra-pra-pra babką czyli starkom łod księżnej Dajany.
W Australii zajmują się głównie wydobyciem węgla (po noszymu wongla). Ze słowa wongel powstało australijskie słowo coal (Australopitki z tym swoim dziwnym akcentem mówią koeel, bo jak usłyszeli wongel, to zrobili tylko takie łyyy), które później weszło do słownika brytyjskiego, lecz inaczej wymawiane. Zresztą wielu Australopitków mieszkało wcześniej na Frynie, na Kaufhauzie. Ale pewnego razu, by odmienić swój los, pojechali banom do Sosnowca, później na wycieczkę na Ukrainę, wskoczyli do dziury i znaleźli się w Australii. Na początku nie mogli się przyzwyczaić do chodzenia na głowie, ale już jest dobrze.
Wywrócenie wszystkiego do góry nogami ma też swoje plusy. Na przykład kopalnia. Wongel w australijskiej kopalni, jest zawsze na górze. Nie trzeba tam kopać, tylko rozpier…ić. Najlepiej minami. Przeciwpiechotnymi. Dlatego kopalnia to po australijsku mine. A kożdy karlus, co robji na grubie to miner. Bo gruba to kopalnia, a karlus to synek, ino bardziej gryfny. Gryfne synki som na Ukrainie. Dziołchy zresztom tyż. Ale o tej Ukrainie, to chyba już będzie innym razem…
Ludzie byli tacy trochę dziwni i chodzili na głowach, co zresztą zrozumiałe. Mieszkaniec Australii to Australopitek. To na część osadników z Europy, którzy pitnęli do Australii, w obawie przed wyrokiem. Bo to był raj dla skazańców. Australopitek jest zresztą śląskim słowem, zlepkiem aus i pitać. Aus, jest co prawda słowem niemieckim, ale w języku śląskim takich zapożyczeń jest dużo i po śląsku ten właśnie zlepek słów znaczy dokładnie „pitaj stąd”, czyli uciekaj i tak nazwano tych, co zwiali. Dlatego też w Australii jest wielu Ślązaków, ale takich nieco dziwnych. Tak dziwnych, jak Ci z Sosnowca. Tak przynajmniej mówi Lesiu. Ale on to jest pieroński Hanys ortodoksyjny i o to czasem się kłócimy. Bo ja tam do tych z Sosnowca niczego nie mam, znam za to wśród nich wielu fajnych ludzi.
Zresztą pierwszym królem Australii był pan Reinhold z Halemby, po noszymu Holdek z Halymby, ale dość szybko podporządkował się koronie brytyjskiej. Jego żona Róża (po noszymu Rołza) była zresztą pra-pra-pra-pra babką czyli starkom łod księżnej Dajany.
W Australii zajmują się głównie wydobyciem węgla (po noszymu wongla). Ze słowa wongel powstało australijskie słowo coal (Australopitki z tym swoim dziwnym akcentem mówią koeel, bo jak usłyszeli wongel, to zrobili tylko takie łyyy), które później weszło do słownika brytyjskiego, lecz inaczej wymawiane. Zresztą wielu Australopitków mieszkało wcześniej na Frynie, na Kaufhauzie. Ale pewnego razu, by odmienić swój los, pojechali banom do Sosnowca, później na wycieczkę na Ukrainę, wskoczyli do dziury i znaleźli się w Australii. Na początku nie mogli się przyzwyczaić do chodzenia na głowie, ale już jest dobrze.
Wywrócenie wszystkiego do góry nogami ma też swoje plusy. Na przykład kopalnia. Wongel w australijskiej kopalni, jest zawsze na górze. Nie trzeba tam kopać, tylko rozpier…ić. Najlepiej minami. Przeciwpiechotnymi. Dlatego kopalnia to po australijsku mine. A kożdy karlus, co robji na grubie to miner. Bo gruba to kopalnia, a karlus to synek, ino bardziej gryfny. Gryfne synki som na Ukrainie. Dziołchy zresztom tyż. Ale o tej Ukrainie, to chyba już będzie innym razem…
poniedziałek, 30 września 2013
nerkę sprzedam
część pierwsza tu... [click]
Jak postanowiły, tak zrobiły. W drodze losowania wypadło, że na pierwszy ogień, na rozkręcenie tego interesu, pójdzie nerka Gracjeli. Jeżeli można by tu jakoś rozróżnić, to spośród dwóch brzydul, Gracjela była tą mniej brzydką. Ale przy okazji głupszą. Dlatego zawsze przegrywała z Grizeldą wszelkie zakłady oraz losowania. Nie było to dla niej żadnym powodem do dumy, bo bycie najładniejszą wśród najbrzydszych nie było honorem.
Stanęły więc razu pewnego Grizelda z Gracjelą tuż koło kościoła, na chwilę przed nieszporem, z dużym ogłoszeniem, że sprzedadzą nerkę. Jako, że siostry były wyjątkowo brzydkie, brzydka pewnie była również nerka. A brzydkiej nerki żaden klient by nie chciał. Choćby i za darmo. Wiadomo, takie czasy, klyjent płaci, klyjent wymaga. Wszystkie staruszki w drodze do kościoła omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem. Zaalarmowany kościelny wybiegł nawet przed kościół z kropidłem i wiaderkiem wody, ale kiedy je zobaczył, szybko się wycofał. Zainteresowanie było niestety słabiutkie. Zainteresowała się nimi jedynie miejscowa policja, robiąc obławę i oskarżając siostry o nielegalny handel.
Akcja policyjna odbiła się szerokim echem we wszystkich lokalnych mediach. Gazety pisały, a radia nadawały serwisy co godzinę, o skutecznym rozbiciu szajki handlarzy organami.
Z tą akcją rozbijania szajki było zresztą tak, że kiedy wozy policyjne nadjechały na sygnałach z każdej strony, wyskoczyli z nich dzielni policjanci oraz antyterroryści, którzy minęli Grizeldę i Gracjelę szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem, po czym wielkim taranem wyważyli drzwi kościoła, wrzucając świece dymne i granaty hukowe. Dopiero po opatrzeniu ran i ocuceniu staruszek oraz kościelnego, posterunkowy Malik zadzwonił na zapamiętany przez jedną z nich numer telefonu. Tak oto wpadły Grizelda z Gracjelą. Nie dane im chyba było odmienić swego losu.
Grizelda i Gracjela dość szybko zostały z pierdla zwolnione, ze względu na duże zaludnienie. Bo kiedy je tam przewieziono, do jednej z dwóch celi posterunkowego aresztu, pozostałe aresztantki omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem i zażądały przeniesienia pod groźbą samobójstwa. Siostry miały więc dla siebie całą celę, w drugiej zaś siedziało czterdzieści turystek z bułgarskiej wycieczki. Przeniosły się tam również wszystkie szczury.
Choć Gracjela była głupia, to ona wymyśliła inny sposób na zrobienie kasy. I wpadła na niego przypadkiem. Słuchając wystąpień posłów Palikota….
Jak postanowiły, tak zrobiły. W drodze losowania wypadło, że na pierwszy ogień, na rozkręcenie tego interesu, pójdzie nerka Gracjeli. Jeżeli można by tu jakoś rozróżnić, to spośród dwóch brzydul, Gracjela była tą mniej brzydką. Ale przy okazji głupszą. Dlatego zawsze przegrywała z Grizeldą wszelkie zakłady oraz losowania. Nie było to dla niej żadnym powodem do dumy, bo bycie najładniejszą wśród najbrzydszych nie było honorem.
Stanęły więc razu pewnego Grizelda z Gracjelą tuż koło kościoła, na chwilę przed nieszporem, z dużym ogłoszeniem, że sprzedadzą nerkę. Jako, że siostry były wyjątkowo brzydkie, brzydka pewnie była również nerka. A brzydkiej nerki żaden klient by nie chciał. Choćby i za darmo. Wiadomo, takie czasy, klyjent płaci, klyjent wymaga. Wszystkie staruszki w drodze do kościoła omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem. Zaalarmowany kościelny wybiegł nawet przed kościół z kropidłem i wiaderkiem wody, ale kiedy je zobaczył, szybko się wycofał. Zainteresowanie było niestety słabiutkie. Zainteresowała się nimi jedynie miejscowa policja, robiąc obławę i oskarżając siostry o nielegalny handel.
Akcja policyjna odbiła się szerokim echem we wszystkich lokalnych mediach. Gazety pisały, a radia nadawały serwisy co godzinę, o skutecznym rozbiciu szajki handlarzy organami.
Z tą akcją rozbijania szajki było zresztą tak, że kiedy wozy policyjne nadjechały na sygnałach z każdej strony, wyskoczyli z nich dzielni policjanci oraz antyterroryści, którzy minęli Grizeldę i Gracjelę szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem, po czym wielkim taranem wyważyli drzwi kościoła, wrzucając świece dymne i granaty hukowe. Dopiero po opatrzeniu ran i ocuceniu staruszek oraz kościelnego, posterunkowy Malik zadzwonił na zapamiętany przez jedną z nich numer telefonu. Tak oto wpadły Grizelda z Gracjelą. Nie dane im chyba było odmienić swego losu.
Grizelda i Gracjela dość szybko zostały z pierdla zwolnione, ze względu na duże zaludnienie. Bo kiedy je tam przewieziono, do jednej z dwóch celi posterunkowego aresztu, pozostałe aresztantki omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem i zażądały przeniesienia pod groźbą samobójstwa. Siostry miały więc dla siebie całą celę, w drugiej zaś siedziało czterdzieści turystek z bułgarskiej wycieczki. Przeniosły się tam również wszystkie szczury.
Choć Gracjela była głupia, to ona wymyśliła inny sposób na zrobienie kasy. I wpadła na niego przypadkiem. Słuchając wystąpień posłów Palikota….
niedziela, 29 września 2013
gdzie te gorące akcje?
No to mi wcisnęli niezły kit w tej bibliotece. Jakiś czas temu przeczytałem, a właściwie przebrnąłem przez „50 twarzy Greya”. Wziąłem się za to z czystej ciekawości. I się załamałem. No bo wyszło na to, że nie ma tam nic takiego, czego człowiek by nie robił. I to w podstawówce. Nie wiem, co mnie wzięło, by poczytać dalej, chyba trochę z nudów. Poszedłem więc do biblioteki, mojej ulubionej i mi to wcisnęli. „Portret Doriana Graya” od jakiegoś Wilde’a. Ja tam gościa nie kojarzę, więc wziąłem tę książkę ze sobą do domu i w pierwszej wolnej chwili zabrałem za czytanie. Czytałem i czekałem, aż się zacznie akcja. Lecz się nie zaczęła. No jasna cholera.
czwartek, 26 września 2013
walc Krystyny
pierwsza część jest tu... [click]
Krista po swoim wyskoku z telefonem z urzędu skarbowego omal nie umarła. Ze strachu. Było nam jej żal. Wymyśliliśmy więc na szybko strategię, że będziemy robić z siebie głupków. Wredny Rak musiał wtrącić te swoje trzy grosze i powiedział, że nie będzie trudno. Więc, gdy kilka minut później znów zadzwonił telefon, odebrałem i powiedziałem, że główna księgowa jest na urlopie. Poprosiłem o kontakt następnego dnia.
Dzień później nasza księgowa odebrała telefon i zmienionym głosem umówiła się na kontrolę kolejnego dnia. O ósmej. Będąc głównym sprawcą zamieszania, zobowiązałem się, że przyjadę po nią i podwiozę do pracy, żeby się nie tłukła autobusem z rana. Dziesięć razy mi przypominała, że mam być punktualnie. Wstałem więc o szóstej, poszedłem pod prysznic, napiłem się kawy. Czasu miałem mnóstwo. Do Kristy jechało się piętnaście minut i dziesięć do firmy. Dwadzieścia po siódmej ruszyłem spod domu. Przejechałem skrzyżowanie, a później kolejne. Przejechałem ze dwa kilometry i gdy wjechałem na estakadę, zobaczyłem trzy zamknięte pasy a na środku walec. I kiedy tak się wlokłem za tym walcem i setką samochodów, uświadomiłem sobie, że nikt mi nie uwierzy. A na pewno Krista.
Kiedy podjeżdżałem pod dom Krystyny i zobaczyłem ją tupiącą ze złości, krew mi odpłynęła. Otworzyła drzwi i zaczęła krzyczeć. O, jak ona krzyczała. Darła się wniebogłosy, a ja nie mogłem dojść do słowa. I co mi znowu powiesz? Co teraz wymyślisz? – zapytała. Więc odparłem zgodnie z prawdą, że wstrzymał mnie walec. Bałem się, że mnie zabije i trochę skuliłem, ale ona zaczęła się śmiać. Śmiała się równie głośno, jak wcześniej krzyczała. Śmiech przeszedł w histeryczny, gdy uświadomiła sobie, że już jest spóźniona. Można było przypuszczać, że ten ze skarbówki tak śmiał się nie będzie.
I choć gość był sztywny, jak jego koleżanka, to kontrola poszła dobrze. Mieliśmy trochę zamieszania i troszeczkę stresów. Krystyna podśpiewując, sprzątała papiery, a my poszliśmy na fajkę. Gdy wróciliśmy, zdziwiliśmy się tylko, że wyszła tak znienacka i bez pożegnania. Zamknęliśmy ten burdel i poszliśmy w cholerę. Właściwie na piwo, by odreagować. I gdy tak siedzieliśmy w tej knajpie, dzwoniła do nas Krista. Do wszystkich po kolei. Żeby się nie denerwać, nikt z nas nie odebrał. Pewnie nic ważnego.
Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy pierwszy, zobaczyłem Kristę. Pomyślałbym, że była tak wcześnie, gdyby nie to, że nie miała kluczy i ciągle słodko spała. Na biurku naszego szefa, z torebką pod głową...
Krista po swoim wyskoku z telefonem z urzędu skarbowego omal nie umarła. Ze strachu. Było nam jej żal. Wymyśliliśmy więc na szybko strategię, że będziemy robić z siebie głupków. Wredny Rak musiał wtrącić te swoje trzy grosze i powiedział, że nie będzie trudno. Więc, gdy kilka minut później znów zadzwonił telefon, odebrałem i powiedziałem, że główna księgowa jest na urlopie. Poprosiłem o kontakt następnego dnia.
Dzień później nasza księgowa odebrała telefon i zmienionym głosem umówiła się na kontrolę kolejnego dnia. O ósmej. Będąc głównym sprawcą zamieszania, zobowiązałem się, że przyjadę po nią i podwiozę do pracy, żeby się nie tłukła autobusem z rana. Dziesięć razy mi przypominała, że mam być punktualnie. Wstałem więc o szóstej, poszedłem pod prysznic, napiłem się kawy. Czasu miałem mnóstwo. Do Kristy jechało się piętnaście minut i dziesięć do firmy. Dwadzieścia po siódmej ruszyłem spod domu. Przejechałem skrzyżowanie, a później kolejne. Przejechałem ze dwa kilometry i gdy wjechałem na estakadę, zobaczyłem trzy zamknięte pasy a na środku walec. I kiedy tak się wlokłem za tym walcem i setką samochodów, uświadomiłem sobie, że nikt mi nie uwierzy. A na pewno Krista.
Kiedy podjeżdżałem pod dom Krystyny i zobaczyłem ją tupiącą ze złości, krew mi odpłynęła. Otworzyła drzwi i zaczęła krzyczeć. O, jak ona krzyczała. Darła się wniebogłosy, a ja nie mogłem dojść do słowa. I co mi znowu powiesz? Co teraz wymyślisz? – zapytała. Więc odparłem zgodnie z prawdą, że wstrzymał mnie walec. Bałem się, że mnie zabije i trochę skuliłem, ale ona zaczęła się śmiać. Śmiała się równie głośno, jak wcześniej krzyczała. Śmiech przeszedł w histeryczny, gdy uświadomiła sobie, że już jest spóźniona. Można było przypuszczać, że ten ze skarbówki tak śmiał się nie będzie.
I choć gość był sztywny, jak jego koleżanka, to kontrola poszła dobrze. Mieliśmy trochę zamieszania i troszeczkę stresów. Krystyna podśpiewując, sprzątała papiery, a my poszliśmy na fajkę. Gdy wróciliśmy, zdziwiliśmy się tylko, że wyszła tak znienacka i bez pożegnania. Zamknęliśmy ten burdel i poszliśmy w cholerę. Właściwie na piwo, by odreagować. I gdy tak siedzieliśmy w tej knajpie, dzwoniła do nas Krista. Do wszystkich po kolei. Żeby się nie denerwać, nikt z nas nie odebrał. Pewnie nic ważnego.
Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy pierwszy, zobaczyłem Kristę. Pomyślałbym, że była tak wcześnie, gdyby nie to, że nie miała kluczy i ciągle słodko spała. Na biurku naszego szefa, z torebką pod głową...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
